W SŁOWIE "BLOG" SŁYCHAĆ WYRAŹNIE SZUM LANIA WODY. JEDNAK BEZ WODY NIE BYŁOBY ŻYCIA NA ZIEMI...

Trudno powiedzieć, że...

życie domagało się powstania tej książki. Chyba życie rozwiązłe autora, który problematycznym z niej dochodem pragnąłby uregulować swoje lekkomyślne długi
(Stefan Wiechecki "Znakiem tego")

poniedziałek, 9 marca 2015

Krwawy Maciek i Pogromca Dody

Macieja Szczepańskiego Andrzej Wajda uwiecznił jako brutalnego chama i buraka w „Człowieku z żelaza”. Większość następnych prezesów Radiokomitetu nie nadaje się chyba nawet na epizdoczne postacie w telenowelach. Co mimochodem - ale bezlitośnie - ujawnia Beata Modrzejewska.


Trzydzieści pięć lat temu mniej więcej, dowiedziałem się o istnieniu Macieja Szczepańskiego. Konkretnie z ulotki. Wedle której – jako prezes Radiokomitetu – miał zatrudniać na telewizyjnych etatach „cztery kolorowe prostytutki”. Ponadto woził się po świecie jachtem „Pogoria”, na którym była stajnia dla konia. Jeszcze kilka innych grzechów miał na koncie, których już dziś nie pamiętam, choć wówczas puchła od nich nie tylko moja wyobraźnia.
„Miał facet klawe życie” – pomyślałem. W czasie przeszłym, bo z treści ulotki wynikało niezbicie, że zaraz właśnie dosięgnie go karząca ręka ludowej sprawiedliwości. I rzeczywiście – nie dość, że dostał 8 lat więzienia, to jeszcze Andrzej Wajda sportretował go jako . Według oficjalnej obsady Gajos odstawiał, co prawda, „zastępcę szefa Radiokomitetu” ale widzowie i tak doskonale wiedzieli o kogo chodzi.
Gdyby Szczepański robił menedżerskie porządki w Państwowy Gospodarstwie Rolnym „Bródno”, nie pamiętałby o nim nikt. Ponieważ robił to w jednak Państwowym Gospodarstwie Wyobraźnią, wdzięczny a uzdolniony medialnie personel uwiecznił go w historii jako „Krwawego Macieja”. Tak przynajmniej i mniej więcej wyjaśnia genezę przydomku inny z prezesów Andrzej Urbański.
Co przy okazji uwypukla szczególną – by nie powiedzieć: misyjną – rolę państwowej telewizji w gronie pozostałych państwowych gospodarstw.
Szczepański był – jak dotychczas – jedynym skazanym prawomocnym wyrokiem prezesem telewizji publicznej.
Co z punktu widzenia wieloletniego widza, wydawać się może co najmniej dziwne…
Dlaczego inni jeszcze nie siedzą i jak to tłumaczą?… W jakich sprawach i gdzie byli przesłuchiwani?… I co „Krwawy Maciej” sądzi o współczesnej  telewizji polskiej?…
Odpowiedzi na te, oraz ponad trzysta innych – nierzadko podchwytliwych – pytań zadanych siedmiu prezesom telewizji przez Beatę Modrzejewską znaleźć można w książce wydanej przez The Facto pod tytułem „Prezesi – oni rządzili TVP”.
Profetycznym – trzeba to podkreślić z nadzieją – niewątpliwie!…
Ostatnim rozmówcą Modrzejewskiej jest bowiem Juliusz Braun…
Wciąż jeszcze urzędujący na Woronicza, do historii przejdzie jako „Pogromca Dody”…

piątek, 18 października 2013

Wyłączyć tego prostaka


W filmie „Czarny czwartek” Antoniego Krauzego jest scena, w której Zenon Kliszko - drugi po Gomułce prominent ówczesnego PRL - mówi, że strajk w stoczni Gdyńskiej jest kontrrewolucją. A „z kontrrewolucją się nie rozmawia, do kontrrewolucji się strzela!”. Sentencja ta przeszła bynajmniej nie tylko do historii, ale wciąż znajduje praktyczne odzwierciedlenie w polskiej polityce.

Niedawno  poseł Stefan Niesiołowski zażądał odwołania prezesa Polskiej Akademii Nauk profesora Michała Kleibera, gdyż ten zachęcał do debaty  z Antonim Macierewiczem. A dyskusja z Macierewiczem, wedle Niesiołowskiego, byłaby tym samym mniej więcej co rozmowa z Łysenką. Sowieckim naukowcem, który kwestionował teorię ewolucji. A Stefan Niesiołowski, jako profesor biologii przecież, wie, że z „kontr ewolucją” się nie rozmawia…
O strzelaniu Stefan Niesiołowski co prawda nic jeszcze nie nadmieniał, ale – niestety! - drogą luźnych skojarzeń przypomniała mi  się w tym momencie Łódź. Bo tam właśnie urodził się Zenon Kliszko, tam mieszka Stefan Niesiołowski. I tam właśnie - ilekroć odwiedzam moje rodzinne groby na Starym Cmentarzu - idąc główną alejką mijam zawsze mogiłę Marka Rosiaka, zastrzelonego 19 października 2010 w swoim miejscu pracy, czyli  biurze poselskim Prawa i Sprawiedliwości w Łodzi.
Jutro miną trzy lata od tej zbrodni. Strzelający do Rosiaka Ryszard Cyba, miał według świadków wydarzenia, krzyczeć, że nienawidzi PiS-u i chce zabić Kaczyńskiego. Zaatakował też innego pracownika biura, Pawła Kowalskiego, usiłując mu poderżnąć gardło nożem myśliwskim. Już później, obezwładniony, w obecności mediów, wyraził żal, że odebrano mu broń bo by powystrzelał wszystkich pisowców.
Choć morderca głośno i  precyzyjnie definiował obiekty swojej nienawiści i cele zbrodniczych zamiarów, niemal natychmiast pojawiły się informacje, że planował też zabójstwo jednego z polityków SLD. Późniejsze ustalenia śledztwa nie potwierdziły tych doniesień.

Kończ błaźnie

Zaś tydzień po tej wstrząsającej zbrodni „Gazeta Wyborcza” podała sensacyjną informację, jakoby dwie godziny przez zabójstwem Rosiaka, Cyba miał odwiedzić biuro poselskie Stefana Niesiołowskiego.
- Pewnie już wtedy miał przy sobie pistolet, nóż i paralizator - mówił w GW Niesiołowski. - Kiedy o tym usłyszałem, przeszedł mnie dreszcz. Pewnie chciał zabić i mnie.
Ówczesnym zdaniem Niesiołowskiego cała ta sytuacja ostatecznie podważyła twierdzenie, że motywem działania Ryszarda C. była nienawiść do polityków PiS.
Śledztwo  jednak nie potwierdziło również tego faktu. A portier, który według  Aleksandry Woron, dyrektorki biura Niesiołowskiego miał rozpoznać Cybę na podstawie publikowanych zdjęć, stwierdził że  nie jest pewien czy rzeczywiście był to ten sam facet. 3 listopada  2010 roku Wirtualna Polska podała, że prokuratura zabezpieczyła materiały z monitoringu biura Niesiołowskiego, ale okazało się, że nagrań z 19 października już nie ma.
„Ostateczne podważenie twierdzenia, że motywem działania Ryszarda C. była nienawiść do polityków PiS” – nie zakończyło się sukcesem. A wyrok skazujący Cybę na dożywocie, świadczy o tym, że działał on świadomie i z premedytacją. Politycznych okoliczności śmierci Marka Rosiaka nie udało się załgać. Zginął, bo jego morderca chciał wystrzelać pisowców.  

Co ty możesz sobie życzyć, cymbale

Prawie trzy lata później 19 września 2013 roku - czyli dziesięć dni temu – podczas warszawskiej konferencji „Mowa nienawiści w debacie publicznej - gdzie spoczywa odpowiedzialność?”, sekretarz  generalny Rady Europy Thorbjoern Jagland – stwierdził, że „Mowa nienawiści może prowadzić nie tylko do aktów nienawistnych wypowiedzi, ale także do działań motywowanych nienawiścią”.
Również minister Michał Boni przekonywał, że jednym z najważniejszych zadań jest budowanie tamy dla przeobrażania się mowy nienawiści w akty nienawiści. Mówił, że konieczne jest tworzenie odpowiednich norm prawnych, ale również tworzenie norm społecznych i dobrego klimatu społecznego dla przeciwdziałania mowie nienawiści. Według Boniego „trzeba braterstwa i porozumienia z braćmi i siostrami żydowskiego pochodzenia, braćmi i siostrami muzułmanami, braćmi i siostrami Romami, braćmi gejami, siostrami lesbijkami i osobami o zmiennej tożsamości płciowej”.
O „braciach i siostrach z PiS-u”, minister z PO najwyraźniej chyba zapomniał, choć to jeden z nich  jest jedyną dotychczas - na szczęście! – ofiarą „przeobrażania się mowy nienawiści w akty nienawiści”. Zamordowanie Marka Rosiaka jest wszak przykładem praktycznej realizacji tej tezy. Tu i teraz, w Polsce. W żadnym jednak omówieniu wspomnianej konferencji nie znalazłem przywołania tej tragedii, choć przecież trudno o lepszą ilustrację istniejącego, palącego społecznego problemu…

Wy cały czas chamstwo prezentujecie

W „debacie publicznej” definiowanej przez mainstream nie ma bowiem miejsca dla „braci i sióstr z PiS-u”. Są oni raczej postrzegani jako społeczna i polityczna patologia, sekta wyznawców „religii smoleńskiej”. Dostrzega się też u nich wyraźne skłonności do faszyzmu… Kilka tygodni temu, w rozmowie z Moniką Olejnik w radiu Zet, profesor Aleksander Smolar, mówiąc o sytuacji w Polsce, stwierdził m.in.: „że elektorat PiS jest bardziej zdyscyplinowany i prosto z mszy idzie na wybory”. Profesor nie był łaskaw określić skąd się bierze przy urnach elektorat innych partii, pozostawił więc – przynajmniej w moim odczuciu – wrażenie pewnej stygmatyzacji. Jego zdaniem – tak to rozumiem – zwolennicy PiS to ludzie, którzy głosują nie tyle zgodnie z własnymi przekonaniami, co wykonują usłyszane z ambony rozkazy.
Wydawałoby się że tragiczna śmierć Marka Rosiaka i poważne poranienie Pawła Kowalskiego powinny wywołać jakąś refleksję. Także u Stefana Niesiołowskiego, który ma przecież także piękną opozycyjną kartę w swoim życiorysie. I w czasach PRL należał do tych, z którymi - według  Zenona Kliszki – się nie rozmawiało, tylko się do nich strzelało.
Niestety nie… Podczas blokady Sejmu przez związkowców protestujących przeciw podniesieniu wieku emerytalnego 11 maja 2012 roku Stefan Niesiołowski powiedział Ewie Stankiewicz, dziennikarce, która próbowała z nim, jako osobą publiczną, porozmawiać.: „Won do PiS-u!”
Trudno przypuszczać, by – w przeciwieństwie do Zenona Kliszki - przeszedł tym stwierdzeniem do historii polskiej aforystyki. Z drugiej strony jednak trudno się nawet dziwić. Kliszko był w końcu miłośnikiem Norwida, natomiast Niesiołowski pozostanie już tylko - co najwyżej! - przeciwnikiem Łysenki.
Ps. Tytuł i kolejne śródtytuły są odzywkami Stefana Niesiołowskiego kierowanymi do występujących podczas posiedzeń Sejmu Rzeczpospolitej Polskiej, posłów: Dawida Jackiewicza, Ludwika Dorna, Antoniego Macierewicza i Jarosława Kaczyńskiego. Cytaty za „Gazeta Wyborcza” z 14 maja 2012 roku. 
Tekst opublikowany w "Gazecie Polskiej Codziennie" 1.10.2013r. przypomniam z drobnymi poprawkami z okazji trzeciej rocznicy zamordowania Marka Rosiaka.

środa, 9 października 2013

Rozum mi szwankuje

W średniowieczu budynki kościelne były projektowane jako obiekty obronne, twierdze – tak twierdzę. Twierdza czuje sens swojego istnienia, gdy jest oblegana. Bez oblężenia marnieje. Twierdzę więc dalej, że arcybiskup Michalik w średniowieczu zrobiłby niewąską karierę. Tylko dlaczego kurwa! - a co tam!… - zrobił ją we współczesnej Polsce?... Opamiętałem się: zamiast „kurwa” proszę wstawić „do cholery!”. „a co tam!…” można wtedy wyciąć.
Zrobił, bo polski kościół – nie mam na myśli Wspólnoty, tylko Korporację – wciąż najlepiej odnajduje się w oblężeniu. Nie napiszę „tkwi w średniowieczu” bo wyglądałoby, że chcę by był „postępowy”. A ja wcale nie chcę, żeby był postępowy, tylko chciałbym, żeby był prawy i sprawiedliwy. Inaczej mówiąc, by nie był korporacją tylko wspólnotą właśnie.
Arcybiskup, przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski, skompromitował się publicznie. Nie ma widać ani za dużo własnego rozumu, ani też – co gorsza na tak eksponowanym stanowisku! – kompetentnych i krytycznych, także wobec szefa, doradców. To mnie, jako katolika, boli.
Jeszcze bardziej mnie wkurza jednak – jako sympatyka prawicy - że niektóre prawicowe media – konkretnie mam na myśli „W sieci” - próbują bronić tej kompromitującej wypowiedzi, publikując coś takiego: „Przewodniczący Episkopatu Polski bardzo słusznie zwrócił uwagę na drugie dno problemu pedofilii, o czym niewielu ma odwagę mówić. Kto tego nie rozumie albo jest całkowicie oderwany od rzeczywistości albo ma inny cel w ciągłym piętnowaniu każdego posunięcia Kościoła”.
Albo więc jestem oderwany od rzeczywistości, albo mam inny cel w ciągłym piętnowaniu każdego posunięcia Kościoła, ale po prostu tego nie rozumiem.
Możecie mnie odsądzać od czci i wiary – katolickiej! – ale naprawdę nie rozumiem.
Pamiętam natomiast, że w średniowieczu nie było tygodników. Więc tego też nie rozumiem.
Wyraźnie rozum mi szwankuje...







poniedziałek, 7 października 2013

Satysfakcja bankowa

Dziś, czyli 7 października o 13:40 Citi Handlowy przysłał mi smsa. „Uprzejmie informujemy, ze Pana reklamacja z 02.10.2013 jest w trakcie rozpatrywania. Prosimy o cierpliwosc. Dziękujemy”.
Oznacza to ni mniej ni więcej, że satysfakcję już mam. Teraz czekam na pieniądze.  Rzeczonego w smsie 02.10 czyli w minioną środę postanowiłem skorzystać z wpłatomatu ulokowanego w sieni oddziału Citi Handlowego przy warszawskim placu Zawiszy.  Zalogowawszy się kartą i PIN-em wykonałem skrupulatnie wszystkie instrukcje po czym – gdy urządzenie otworzyło paszczę – wetknąłem w nią 180 zł. Jedną setkę, jedną dwudziestkę i sześć dziesiątek. Wpłatomat banknoty połknął, chwilę dłuższą pomedytował, a potem nagle wyświetlił komunikat, że transakcja nie może być zrealizowana i że zaprasza później. Po czym oddał mi kartę, a forsy nie.
Lekko zgłupiałem, bo do tej pory czegoś takiego nie widziałem. Zgłosiłem fakt  kierowniczce oddziału – zainteresowała się i poprosiła bym chwilę poczekał. Czekając sprawdziłem na terminalu, czy wpłacana kwota nie pojawiła się – mimo wszystko – na moim koncie. Nie pojawiła się. Pojawiła się natomiast kierowniczka, by stwierdzić, że w sumie niewiele może, bo bankomat jest sprawdzany raz w tygodniu właśnie w środę i dziś już był, dlatego powinienem złożyć reklamację. I skierowała mnie do koleżanki.
Koleżanka najpierw sprawdziła, czy 180 złotych nie znalazło się na moim koncie, a potem stwierdziła, że zamiast pisać lepiej będzie zadzwonić do Citiphone, gdzie można złożyć reklamację ustnie. Zostanie ona utrwalona bowiem w trosce o najwyższą jakość obsługi wszystkie rozmowy są nagrywane. Kiedy więc rozmawiałem telefonicznie z trzecią już przedstawicielką Citi Handlowego, druga pani poinformowała mnie, że właśnie dostała sygnał, że coś z tym wpłatomatem jest nie tak i będzie sprawdzany. Przy okazji podzieliła się prywatną refleksją, że pierwszy raz słyszy o tak dziwnym zachowaniu wpłatomatu. Rozstaliśmy się w przyjaźni i atmosferze wzajemnego zrozumienia – zarówno z paniami w oddziale jak i z konsultantka w telefonie.
Zapewne wspomnienie tej atmosfery sprawiło iż dopiero w niedzielę rano – czyli 06.10 – doszedłem do wniosku, że coś jest do cholery nie tak?!… Że gdybym to ja pobrał sobie z Citi Handlowego 180 nienależnych mi złotych na przykład robiąc taki nielegalny w mojej sytuacji debet na koncie, to byłbym po trzech dniach zanękany na amen monitami, groźbami, a może nawet już w areszcie!… Wydzwoniłem więc – z pewnym trudem, bo po drodze musiałem wstukać szesnastocyfrowy numer karty, a to nie łatwa sztuka – niedzielnego konsultanta Citi Handlowego, któremu przedstawiłem swój punkt widzenia na takie traktowanie, było nie było, wiernego klienta.  Konsultant w odpowiedzi stwierdził, że moją reklamację widzi, natomiast w niedzielę to on nic nie może. Zażądałem więc stanowczo, by w poniedziałek, Citi Handlowy poinformował mnie o losach mojej reklamacji. Uzyskałem zapewnienie, zę zrobi co w jego mocy.
Mógł, okazało się w poniedziałek, niewiele, praktycznie nic. Wyczekawszy więc do południa, uskuteczniłem kolejny szturm telefoniczny. Tym razem Citiphone było znacznie lepiej ufortyfikowane, skwapliwie wytykało mi popełnione podczas wprowadzania szesnastocyfrowego numeru błędy,  a kiedy tych błędów nie popełniałem, równie skwapliwie się rozłączało.  Po pół godzinie oblężenia postanowiłem złożyć kolejna reklamacje przez Internet. Okazało się jednak, że tu też już na mnie czekali. Kiedy już bowiem w  stosownym formularzu opisałem całe wydarzenie i zarządziłem wysłanie, po kilkunastu sekundach dostałem odpowiedź, że w swoim tekście zawarłem znaki uznane przez Citi online za niebezpieczne. W związku z czym nie został on przyjęty. Nie dostałem jednak bynajmniej, tekstu do poprawy, skądże… Musiałem jeszcze raz powtórzyć cały opis, mimo iż wcześniej użyłem opcji „zapisz”. Być może rzeczywiście „zapisałem” ale gdzieś w kosmosie.
Znów przypuściłem szturm telefoniczny. Udało się połączyć z konsultantką, która wysłuchawszy moich pretensji, stwierdziła że ona praktycznie w tej sprawie niewiele może… Lekko już rozjuszony stwierdziłem, iż wydaje mi się, że zależy mi nie tyle na rozmowie z kimś niewładnym co z kompetentnym przedstawicielem mojego banku, który to bank zaczął grać ze mną nie fair. Bliska płaczu konsultantka zaproponowała mi rozmowę z kierownikiem Citiphone, którego może poprosić do telefonu.
Powtórzyłem więc – już temuż kierownikowi – po raz kolejny całą historię, podkreślając niepoważne i nieprofesjonalne według mnie zachowanie banku w tej – wyraziłem nadzieję – nadzwyczajnej sytuacji. I bezczelnie zapytałem o satysfakcję, czyli formę wynagrodzenia mi ewidentnej szkody jaką ponoszę, nie mogąc dysponować moimi własnymi pieniędzmi z winy banku. Kierownik obiecał, że się zorientuje.  Ta rozmowa  - jak rozumiem – również została nagrana, w celu zapewnienia najwyższej jakości świadczonych przez Citi Handlowy usług.
Półtorej godziny później otrzymałem cytowanego na wstępie smsa.

czwartek, 11 kwietnia 2013

Teoria i praktyka zamachu




Telewizja Publiczna zaczyna mieć poczucie misji?!...   
Wykonuje pracę zleconą (umowa śmieciowa) dla amabasady Federacji Rosyjskiej?!...
Bada, niezależnie, opinię publiczną?!... 

A może ktoś się jednak pod nią podszywa - na podanej stronie nie znalazłem regulaminu SONDY z NAGRODĄ. Ani takiego konkursu w ogóle.  
Nie ma takiego konkursu!... Najwyraźniej... 

Poguglawszy nieco hasłem: "sms 8068" znalazłem jednak sporo informacji stawiających uczciwość Telewizji Polskiej pod - delikatnie mówiąc - znakiem zapytania. 
Przede wszystkim zaś dowiedziałem się, że odesłanie obojętnej odpowiedzi na drążące Publiczną Telewizję pytanie - a właściwie: pod podany numer! - oznacza zgodę na otrzymywanie płatnych (prawie 5 zł sztuka) esemesów. Tak jest!... Dostanę kolejnego smsa o bardzo istotnej treści, powiedzmy: "biedroneczki są w kropeczki, tak czy nie?" (bo akurat, o czym nie wiem, TVP ma jakiś barter z Olbrychskim) i za to wyróżnienie - że akurat mnie pytają - zapłacę.
I o to chodzi!...
Nikogo tak naprawdę w TVP nie interesuje co ja myślę, czy nie myślę o ewentualnym zamachu w Smoleńsku... Mają to dokładnie gdzieś, jedyny zamach jaki ich interesuje to ten - skuteczny - na moje, twoje, pani, pana pieniądze!...
To niewątpliwy zamach. 



Natomiast pytanie: czy ludzie pozbawieni elementarnej wrażliwości mogą kierować instytucją kultury jaką jest TVP?! ma oczywiście charakter retoryczny.

Gołym okiem widać, że nie tylko mogą, ale że właśnie kierują...
 


wtorek, 19 marca 2013

Abominacja

Dyrektor Centrum Obsługi Finansowej Poczta Polska S.A.
Wyjaśnienie
W odpowiedzi na Upomnienie Nr UP Z/ 3335/0001/ 2013 z dnia 25.02.2013 r. uprzejmie wyjaśniam iż:
- W sierpniu 2007 roku, w związku z wyjazdem na stałe do Irlandii, chciałem zrezygnować z abonamentu. Jednak urzędniczka na poczcie nie chciała przyjąć rezygnacji „dopóki nie ureguluję zaległości”… Nie mając czasu na dochodzenie mojego oczywistego prawa do rezygnacji – fakt zadłużenia nie zmusza mnie do dalszego zadłużania się wbrew mojej woli – nie ponawiałem prób;
- Po powrocie do Polski na początku 2008 roku, usłyszałem jak urzędujący premier pan Donald Tusk nazywa abonament radiowo-telewizyjny „archaicznym sposobem finansowania mediów publicznych, haraczem ściąganym z ludzi”… Pan premier Donald Tusk podkreślił wówczas iż właśnie „dlatego rząd będzie zabiegał o poparcie prezydenta i opozycji dla jego zniesienia”…
Ponieważ wypowiedź ta miała miejsce na konferencji prasowej po posiedzeniu rządu, a nie u cioci na imieninach; potraktowałem ją poważnie i czekałem na te bardziej nowoczesne rozwiązania zaproponowane i przejęte przez rząd.
Po prawie pięciu latach doczekałem się jednak tylko w.w. Upomnienia.
Wobec zagrożenia egzekucją mojego rzekomego zadłużenia za okres 01.2008 – 01.2013 (który pokrywa się z czasem w.w. oczekiwania na działanie rządu w tej sprawie!) w wysokości 1413,05 zł (abonament +odsetki + koszty upomnienia).

oświadczam
iż , od listopada 2009 roku pozostaję bez stałego zatrudnienia, nie pobieram i nie nigdy pobierałem żadnego zasiłku z Urzędu Pracy ani Pomocy Społecznej, utrzymując się z dorywczych prac (W załączeniu ostatnie zaświadczenie z Urzędu Pracy - zarejestrowałem się jako bezrobotny po raz pierwszy w 2010 roku, po roku samodzielnego poszukiwania pracy, przez co pozbawiłem się prawa do zasiłku – rejestracja miała głównie na celu uzyskanie dostępu do lekarza, co dla astmatyka - choroba przewlekła - ma istotne znaczenie).
W tej sytuacji, zgodnie z prawem, jestem zwolniony z opłat abonamentowych.
Mój dochód w 2011 roku wyniósł 2248,12 zł , w 2012 – 8305,63 zł; mój komputer – narzędzie ew. dorywczej pracy - liczy sobie prawie 5 lat i jest bliski śmierci technicznej. Nie wzbudza to zaniepokojenia żadnych państwowych służb. Nikogo nie obchodzi jak żyję i z czego...
Nie mam o to pretensji, uprzejmie proszę jedynie o przyjęcie do wiadomości, iż w poszukiwaniu sposobu przeżycia kolejnego dnia, absolutnie nie mam czasu wsłuchiwać się w „Voice of Poland” ani też zgadywać „Jaka to melodia?” …
Bo, jak rozumiem, to na produkcję tych misyjnych audycji Telewizja Publiczna chce, za pośrednictwem Poczty Polskiej S.A. ściągnąć ze mnie to, co urzędujący pan premier Donald Tusk już prawie pięć lat temu trafnie zdefiniował jako haracz.
Dlatego też uprzejmie proszę o anulowanie mojego „długu”.


Z poważaniem

Paweł Tomczyk

Do wiadomości:
1. Biuro Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, Departament Budżetu i Finansów, skwer ks. kard. S. Wyszyńskiego 9, 01-015 Warszawa.

2. Kancelaria Prezesa rady Ministrów Al. Ujazdowskie 1/3, 00-583 Warszawa

Ps. Tytuł tej notki charakteryzuje mój stosunek do kłamstwa...

sobota, 16 marca 2013

Tu zaszła zmiana...

4 marca 2013
Tu zaszła zmiana. 

Pięć razy pisałem o tym miejscu na Ochocie. Niby upamiętnionym, ale uparcie ignorowanym... Przyczepiłem się między innymi do tego, że pod tablicą upamiętniającą Mieczysława Wolskiego bohaterskiego ogrodnika, jest pusta betonowa donica z ziemią jałową, upstrzoną tylko śmieciami i petami

Wydawało mi się to niepojęte, że nie ma wokół żadnej instytucji - o mieszkańcach górującego nad tablicą bloku nie wspominając - która byłaby w stanie otoczyć to miejsce stałą opieką i zadbać by, w sezonie wegetacyjnym, żywe kwiaty świadczyły o żywej pamięci
Zwłaszcza, że miejsce to znajduje się praktycznie w Centrum Warszawy, europejskiej stolicy nawiedzanej tłumnie przez turystów z całego świata,  mieście-gospodarzu m.in. EURO 2012.
Dziwiło mnie również, iż nie przy tablicy nie ma żadnego objaśnienia w obcych językach. 

Wysłałem mejle do Ośrodka Kultury Ochoty (tablica jest vis avis jego śmietnika), do wydziału Kultury Dzielnicy Ochota, do "Och teatru" (dwieście metrów od tablicy), Biblioteki Publicznej (50 metrów od tablicy znajduje się Czytelnia Książek Naukowych) wreszcie do firmy ogrodniczej "Tomaszewski" z pobliskiego Okęcia, odwołującej się do przedwojennych tradycji, której podpowiadałem, że taka stała opieka nad miejscem pamięci bohaterskiego ogrodnika, byłaby niewątpliwie elementem dobrego wizerunku. 

 Było to jakiś czas temu, a ponieważ na żaden mejl nie dostałem odpowiedzi, więc z pewnym niedowierzaniem dziś dostrzegłem zmianę.

Donica zniknęła...  Tak po prostu... 

Tak "po polsku"?...
 
16 marca 2013

czwartek, 20 grudnia 2012

wtorek, 18 grudnia 2012

Kup pan polisę

Firma Medicover - która przedstawiła mi propozycję polisy na kolejny rok droższą o 64 procent - uważa, że jeśli pisemnie - czyli pocztą, albo osobiście - nie zrezygnuję z ich usług, to ma prawo wystawić mi kolejną polisę - na tych nowych, wyliczonych przez Specjalistę ds. Oceny Ryzyka, warunkach. 

Zatkało mnie... Klient, któremu drastycznie zmienione warunki ubezpieczenia nie odpowiadają, musi wykazać się aktywnością. Nie firma, której przyszło do głowy zaproponować wygórowane warunki. To ten klient musi oczywiście ponieść koszty - dotrzeć osobiście do Medicover, lub przynajmniej do najbliższej poczty, by złożyć pisemne oświadczenie niezgody, na... Właśnie na co?!.. Kiedyś takie postępowanie dziadowie nasi określali obrazowo i trafnie 

"rozbojem na równej drodze"

ale oni na ogół byli przecież ciemni, pańszczyźniani i uciskani... Lub drobnomieszczańscy. 

Dzisiaj my ludzie światli, wykształceni i politycznie poprawni nie powinniśmy sobie pozwalać na tak grubiańskie uwagi pod adresem korporacji. Skoro już dawno zezwoliliśmy, by w każdej praktycznie  podsuwanej nam przez nie umowie zawarta była taka  

bezprawna klauzula.

Ale od czego negocjacje?!... Dziesięć minut rozmowy z panią Specjalistką ds. Utrzymania Klienta Indywidualnego z Działu Przedłużeń nie przyniosło zadowalającego rezultatu. Trafiłem na niewłaściwego fachowca - bo moja sprawa jest wszak ewidentnie dla Specjalisty ds. Pozbycia (Się) Klienta. 

Pani specjalistka okazała się skuteczna w swej dziedzinie - nie udało mi się jej przekonać, by przyjęła moje telefoniczne, bądź mejlowe oświadczenie o braku zainteresowania kolejną polisą.
Kataryniąc o konieczności pisemnego wypowiedzenia umowy, której termin i tak wygasa, utrzymała klienta, czyli mnie... W emocjonalnym przekonaniu, że trzeba się jak najdalej od tego całego Medicover trzymać.  

Powinienem teraz napisać, że  

dla zasady 

nie złożę żadnego pisemnego oświadczenia. A kiedy przyjdą zabrać mi dom za nieopłacenie niechcianej polisy, rzucę się Reytanem w proteście przeciwko.... 

Przeciwko czemu właściwie?!... Przeciw temu, że walą nas po rogach i jeszcze mówią, że sami tak chcieliśmy?!... Bo już dawno wszyscyśmy się swą konsumencką biernością na to bezprawie zgodzili...

Odetkało mnie...

Winkelried jakiś jestem?!  Eeee!... Winkel, redaktor co najwyżej...

poniedziałek, 12 listopada 2012

Numer opon

Ul. Barska, godz. 13.55, pod Halą Kopińską vis a vis Prokuratury Generalnej czterech uczniów z pobliskiego gimnazjum siedzi na murku i rozmawia, zajadając bułki. Podjeżdża radiowóz - funkcjonariusz zaczyna spisywać 14-latków. Staję obok i przyglądam się. Pyta, czy mam jakiś problem.
- Nie... Dziwi mnie tylko, że policja spisuje dzieci na ulicy, bez żadnego powodu.
Mam mu nie przeszkadzać w pełnieniu obowiązków służbowych. Podaje adresy, gdzie mogę złożyć skargę... Pytam o numer służbowy, w rewanżu próbuje mnie wylegitymować. Żądam, by się najpierw przedstawił... Olewa mnie, zajmuje się chłopakami. Zapisuję sobie wobec tego numer rejestracyjny radiowozu. Funkcjonariusz doradza mi bym jeszcze zapisał numer opon. Przypominam mu, że jest na służbie...

Interwencja przynosi chyba jednak jakiś skutek, bo po spisaniu jednego ucznia, radiowóz (nr rejestracyjny HCP B316) odjeżdża...

Był kiedyś - za PRL - taki dowcip o milicjancie, który chwalił się rozgromieniem bandy chuliganów: 
-Jak przypierdoliłem, to im kredki z piórników powypadały...

niedziela, 4 listopada 2012

Prosto od chłopa.... Szczeniaki do wzięcia!

Jeszcze tydzień temu wybroniłem się dzielnie od przygarnięcia psiej sieroty, która miała by wypełnić pustkę po Sarze. Bo rozsądek i poważna choroba nakazywały odmowę. Od dziś jednak mam w mieszkaniu obóz przejściowy dla czterech rozbrykanych 7-tygodniowych kundelków, prosto od chłopa (który chciał je potopić). Dwie panienki i dwa chłopczyki - jeszcze bezimienne ale pełne dobrych chęci, ciekawości świata i miłości do ewentualnego właściciela...

Malusieńkie, jak na 7 tygodni Ogólny pokrój mają jamniczy, tylko trochę wyższe, a mordki krótsze. Jeden czarny i trzy brunatno-beżowo-piaskowe, lekko podpalane.
 Telefony:601229092 lub 511311544. Do wzięcia - w dobre ręce - od ręki...





czwartek, 1 listopada 2012