W SŁOWIE "BLOG" SŁYCHAĆ WYRAŹNIE SZUM LANIA WODY. JEDNAK BEZ WODY NIE BYŁOBY ŻYCIA NA ZIEMI...

Trudno powiedzieć, że...

życie domagało się powstania tej książki. Chyba życie rozwiązłe autora, który problematycznym z niej dochodem pragnąłby uregulować swoje lekkomyślne długi
(Stefan Wiechecki "Znakiem tego")
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Witold Zatoński. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Witold Zatoński. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 czerwca 2012

Większość świata chyba nie pali?...

Kolejny fragment nieopublikowanej książki o akcji profesora Witolda Zatońskiego "Rzuć palenie razem z nami" (2002) - sprowokowany pojawieniem się na rynku nowej marki papierosów.
Powiedz Willy - jako Niemiec  chyba byś się zrzygał płacąc za Auschwitze z filtrem markę i feniga - Jan Krzysztof Kelus
 Kino pełne śmiechu


W 1978 roku, gdy już – dwudziestoletni -  obowiązkowo nosiłem w kieszeni paczkę papierosów, zobaczyłem film „Akcja pod Arsenałem” Jana Łomnickiego. Wychowany w kulcie Szarych Szeregów, oglądałem go z autentycznie ściśniętym gardłem. W pewnym momencie konspiracyjny przełożony poczęstował Zośkę papierosem.
 - Harcerz nie pali – grzecznie odmówił Zośka. Cała sala warszawskiego kina Atlantic nagle ryknęła śmiechem. Przypomniałem sobie obóz harcerski – lato 1968 roku - podczas którego druh oboźny kazał schwytanym na "palącym uczynku" myć zęby odkażającym mydłem „Oro”.  Sam natomiast bez żenady i zupełnie jawnie palił. Były to bowiem czasy, gdy palenie było domeną ludzi dorosłych. Do palenia się dorastało. Niejeden ojciec podkreślał wagę osiemnastych urodzin swego syna, wyciągając w jego stronę, otwartą paczkę papierosów.
- Harcerstwo to nie są tylko krótkie majtki i nie pić i nie palić – mówi Kazimierz Łodziński, uczestnik Akcji pod Arsenałem („Kapsiut”, sekcja ubezpieczenie), emerytowany lekarz pediatra.

 -  Polskie harcerstwo już na pierwszym zlocie w 1912 roku postanowiło nie pić i nie palić, by wytworzyć pewien etos i tak tego młodego człowieka wychować, żeby on nie był uzależniony od rzeczy małowartościowych a nawet szkodliwych. Harcerstwo było dążeniem ku dobru, a jednym z tych dóbr było właśnie unikanie szkodliwych nałogów. Początkowo, w prawie harcerskim nie mówiło się o alkoholu czy papierosach, ale ogólnie o nałogach. Harcerstwo polega na samowychowaniu, że wychowujemy się nawzajem – nie poprzez wojskowy dryl – tylko przez przykład z góry. Jeśli się ktoś zobowiąże do czegoś to znaczy, że to zobowiązanie musi być wykonane. To było wychowanie nie tylko na dobrych żołnierzy i mięso armatnie, ale na ludzi, którzy coś dla tej Ojczyzny będą chcieli zrobić. O żołnierzach Armii Krajowej mówi się, że byli pod wypływem ideologii Conradowskiej – to rzeczywiście była jakaś wierność samemu sobie bo nie było racjonalnych przesłanek, żeby się rzucać z butelką na czołgi. Podobnie było pod Arsenałem – czy warto było odbijać jednego Rudego, kiedy wielu innych nie odbijano, kiedy w akcji mogło zginąć i w jej efekcie zginęło więcej ludzi. To wypływało nie z kalkulacji, ale z harcerstwa właśnie. Że w sytuacji niebezpiecznej można było  polegać na kolegach. Że miało się pewność, iż wypełnią zobowiązanie nawet wbrew logice. I takiemu pojmowaniu świata służy właśnie między innymi harcerski zakaz palenia. Nie palcie, bo macie szansę być ludźmi wolnymi. Ja się nie dziwię, że podczas filmu była taka reakcja. Zaraz po wojnie, przez jakiś czas byłem jeszcze drużynowym swojej przedwojennej drużyny - 80. warszawskiej drużyny harcerskiej. Wyjeżdżając na z nią na obóz, na stacji zauważyłem - i na mnie to zrobiło wrażenie choć też już byłem dorosły -  że kilku starszych harcerzy z zielonymi lilijkami, pali papierosy na oczach dzieciaków.
Fot. Nasz Dziennik
To mnie oburzyło, ale potem zrozumiałem, że idą inne czasy, że ważniejsza od wierności samemu sobie zaczyna być wierność politycznym wyborom.




Abstynencja w Nowym Jorku
  
Na długo przed wprowadzeniem w Nowym Jorku restrykcyjnych przepisów, akurat w tym mieście rozstał się z nałogiem profesor Wiktor Osiatyński, prawnik- konstytucjonalista.
- Paliłem chyba od siedemnastego do czterdziestego roku życia, paliłem dużo, przynajmniej paczkę-dwie dziennie – opowiada profesor Osiatyński -  Pamiętam dokładnie jak przestałem palić. Przestałem palić dwa lata po ty, jak przestałem pić. Próbowałem rzucić wcześniej, ale zazwyczaj napiłem się i wówczas zapalałem papierosa. W maju 85. byłem w Nowym Jorku w lipcu miałem pojechać do Kalifornii i tam też miała dojechać moja rodzina. Z doświadczeń z niepicia wiedziałem już, że niepalenie może spowodować bardzo ogromna irytację, nadpobudliwość, złość i lęki. Dobrze byłoby więc przestać palić w samotności, żeby nie być wobec rodziny nieprzyjemny. Wiedziałem też, że do ustabilizowania się będę potrzebował przynajmniej miesiąca. Z doświadczeń uzyskanych przy rzucaniu picia wiedziałem też, ze trzeba zmienić obyczaje. To znaczy na przykład nie siadać po obiedzie w tym samym fotelu, gdzie przedtem człowiek zapalał papieroska. Obliczyłem sobie tak, że w piątek 30. maja 85 będzie dobrym dniem żeby rzucić. Wybrałem piątek, bo wiedziałem że spotkania  dla takich, którzy rzucali palenie odbywają się w piątki, soboty i niedziele. Ponieważ jestem Polakiem, a my lubimy zupełnie bez znaczenia dramatyczne gesty, to mniej więcej około godziny w pół do czwartej po czym wrzuciłem tego papierosa, resztę paczki i zapalniczkę do East River i udałem się powolnym krokiem na spotkanie Non Smokers Anonimus. Posłuchałem co mówią palić mi się nie chciało, potem poszedłem ze znajomym na kolację. W połowie tej kolacji ja już wyraźnie byłem zdezorientowany. Nie bardzo wiedziałem co ten człowiek mówi. Po kolacji już tak bardzo chciałem palić, ze nie mogłem wytrzymać. Poszliśmy jeszcze na spacer. On powiedział mi, żebym uważał, bo coś dziwnego ze mną się dzieje. Ja miałem wówczas tak zwyczaj, ze prowadziłem dziennik, zapisywałem sobie zdarzenia. Tego wieczora w ogóle nie mogłem się skupić, zebrać myśli. I wtedy zapaliłem dwa papierosy, które miałem gdzieś schowane i poczułem jak mi wraca jasność myślenia, precyzja umysłu. Z każdym wdechem dymu. Pod koniec tych papierosów mogłem już wszystko zapisać i byłem w pełni sprawny umysłowo. Ale wtedy mi się przydały moje doświadczenia bo zrozumiałem, że jestem, uzależniony od nikotyny. Następnego dnia w sobotę uznałem, ze trzeba to jednak poważnie potraktować. Późno wstałem, nie zjadłem śniadania nie zapaliłem papierosa i poszedłem grac w tenisa na Uniwersytecie Columbia z panem Tomaszem Jastrunem, który do dzisiaj pamięta, że podczas tej gry sprawiałem wrażenie jakbym był psychicznie chory. Taki byłem nieskoordynowany i rozkojarzony. Po powrocie do domu wziąłem resztę papierosów jakie mi  zostały i poszedłem na mityng Non Smokers Anonimus. I na Broadwayu wyrzuciłem do kosza wszystkie te papierosy, zapałki, instrumenty do palenia. Po mityngu na obiad, a kino, gdzie nie wolno było palić. Chciałem w ten sposób zyskać trochę czasu. Po obiedzie okazało się, że źle wyliczyłem czas i miałem wolną godzinę. I naszła mnie taka chcica, że myślałem, że zwariuję więc postanowiłem pochodzić po ulicach. Doszedłem do West Endu. Jedna strona ulicy to jest park nad rzeką, druga to domy mieszkalne. Poszedłem w górę ulicy po tej stronie gdzie są domy, bo po drugiej stronie na ławkach siedzieli menele. Bałem się, że podejdę do nich i poproszę o papierosa. Szedłem i czułem jak każda komórka mojego organizmu domaga się nikotyny. Nigdy w życiu tak nie chciałem zapalić jak wtedy. To było już jakieś 18 godzin po tych dwóch wieczornych  papierosach. I nagle, z okna wprost pod moje stopy spadł cały, długi, palący się papieros. Ktoś na ósmym piętrze zapalił papierosa i powiedział sobie: a rzucam palenie i wyrzucił go. A drugie wytłumaczenie jest takie: że Pan Bóg dał mi wybór: „Chcesz to masz… Nie musisz nawet starać się o zapałki”. Ja przeszedłem przez tego papierosa. Nie podniosłem go. I od tej pory już w zasadzie nie miałem problemu z paleniem. Jeszcze przez tydzień byłem kozłowy. Kilka dni później poszedłem na obiad do Klubu Pisarzy i właścicielka mnie nie wpuściła. Powiedziała, że ja w takim stanie nie mogę wejść. To jeszcze trwało jakieś trzy tygodnie ale potem przeszło.
- Czy wprowadzenie w Nowym Jorku restrykcyjnych przepisów ograniczających palenie to krok we właściwą stronę?
- Ja nie jestem zwolennikiem zakazów, tylko raczej wolnych wyborów. Ale są dwie rzeczy. Jeżeli nielegalna jest marihuana i haszysz, to trzeba sobie jasno powiedzieć, że papierosy powodują dużo większe szkody u palącego, a także w społeczeństwie niż marihuana i haszysz. Ze szkodami na umyśle włącznie. A po drugie: nikt w Ameryce nie zabrania jeszcze człowiekowi palić we własnym domu, ani w izolacji. Natomiast palenie różni się od picia i innych autodestruktywnych zachowań tym, że szkodzi ludziom wokół palącego. Dlatego zdecydowanie uważam, że społeczeństwo ma prawo zakazać działalności, która szkodzi innym. Dlatego nawet zabraniają niekiedy palić na otwartych przestrzeniach – w parkach albo podobnych miejscach. Uważam, że mają pełne prawo tak robić. Myślę, że skutek palenia jest gorszy niż na przykład puszczenia bąka w towarzystwie. Bo choć nie ma odpowiednich badań, to jednak w bąku nie ma smoły ani innych trujących substancji, które mogłyby spowodować schorzenie albo naruszenie dobrostanu osoby wdychającej bąka, natomiast w wypadku dymu z papierosa jest zarówno smród jak i szkoda dla zdrowia. Zwyczaje się zmieniają. Palenie weszło do kultury zachodniej jako pewna moda, pewien snobizm. Palenie kobiet było kiedyś pewnym symbolem wyzwolenia obyczajowego. To był pewien wzór funkcjonowania i działania, który kiedyś ktoś zakwestionował, pytając o koszty zdrowotne i społeczne. W tej chwili zmiany następujące na Zachodzie są dużo szybsze. Przyczynia się też do tego prawo chroniące ofiary. Procesy przeciwko producentom tytoniu ale także procesy dzieci przeciwko matkom, które paliły w ciąży. Były takie procesy, wygrane przez dzieci. Sprawiły, iż amerykańskie kobiety wiedzą, że podczas ciąży nie wolno palić. Bo to jest kwestia wolności wyboru. Te dzieci go nie miały.
Wyobraża  sobie Pan świat bez papierosów?.
Che ostrzega!
 - Większość świata chyba nie pali, większość nie pije alkoholu. Tu nawet nie ma sobie co wyobrażać. Jeśli weźmiemy pod uwagę na przykład palenie Indian. Dym nikotynowy, podobnie jak alkohol i narkotyk pełni poważnie funkcje szamańsko-religijne. Różnica jest taka, że szaman albo cała zbiorowość podczas rytualnego święta, bierze środek zmieniający nastrój wyjątkowo, w sposób kontrolowany – nawet jeśli to jest noc orgii czyli całkowitego rozluźnienia - po to, by uzyskać dostęp do wyższej świadomości. Natomiast człowiek współczesny używa narkotyku, alkoholu i tytoniu, żeby się ogłuszyć, żeby utracić dostęp do swoje własnej świadomości. Żeby pozbawić się bólu, nie czuć, nie myśleć. Uciec od swej wolności.

wtorek, 31 maja 2011

Wolność czyli uświadomiona konieczność - fragment nieopublikowanej książki

W 1993 roku doktor Greg N. Conolly z departamentu zdrowia publicznego stanu Massachusetts wyjaśnił w jednym z wywiadów dlaczego Polska wraz z innymi krajami Europy Środkowej stała się tak interesująca dla koncernów tytoniowych. Amerykanie przestają palić i dotyczy to rekordowej liczby ludzi. Koncerny zabiły już wielu ludzi w Ameryce a teraz szukają nowych palaczy w Europie Wschodniej. (…)Zakaz reklamy papierosów to najważniejsza rzecz i od tego należałoby zacząć.
Trudno chyba bardziej wyłożyć kawę na ławę. Tymczasem w filmowym serwisie portalu Onet można znaleźć informację zatytułowaną „Nagroda Wajdy dla Sokurowa”.  
W czasie Berlinale wręczono również doroczną Nagrodę Wolności im. Andrzeja Wajdy. Przyznawaną wschodnioeuropejskim filmowcom, których twórczość porusza tematy wolności i demokracji, Andrzej Wajda Philip Morris Freedom Prize otrzymał Aleksander Sokurow, autor m.in. "Molocha", "Cielca" i "Rosyjskiej arki". W ubiegłym roku tę nagrodę dostał Andreas Dresen za "Na półpiętrze" (Halbe Treppe).
Zastanawiające jest nieco niedokładne tłumaczenie nazwy nagrody z języka angielskiego na polski. Ale to jeszcze nie koniec wątpliwości. Gdzie indziej w internecie można znaleźć bardziej rozbudowaną relację z podobnej imprezy: 11.02.2000 w Willy-Brandt-Haus odbyła się dyskusja, w której udział wzięli Andrzej Wajda, Akira Muratowa i Andreas Kleinert, prowadził ją Gary McVey (Executiv Director of American Cinema Fundation).
Za pośrednictwem satelity mieli wziąć w niej jeszcze udział amerykańscy aktorzy i reżyserzy (m.in. Sally Field, Tom Mankiewicz); niestety w tym momencie zawiodła technika i nic z tego nie wyszło. Rozmowa toczyła się na temat pracy reżyserów w różnych krajach oraz ich wpływu na aktualną sytuację społeczno-polityczną. Nagroda dla Akiry (naprawdę Kiry – przyp. PT) Muratowej miała być wręczona 13 lutego. Andrzej Wajda wyraził się następująco o tym wydarzeniu, które nazwał "paradoksem historii": "Ja, Polak, będę wręczał Rosjance nagrodę ufundowaną przez Amerykanów." Od Stalina do Breżniewa - pewnie wszyscy przewracają się w grobie.
Po zakończeniu dyskusji był bufet, wino oraz... roznoszone na tacach papierosy firmy Philip Morris (żeby goście nie zapomnieli, kto za tę imprezę płaci?). Andrzej Wajda rozdawał autografy siedząc na podłodze i opierając się o podium lub na stojąco, używając za podkład pleców proszących o podpis...
Większym chyba paradoksem jest jednak chyba fakt, iż fundatorem Nagrody Wolności, którą firmuje swoim nazwiskiem zasłużony dla walki o narodową wolność polski artysta, jest bogacący się na ludzkim uzależnieniu i zdrowiu koncern tytoniowy. Dzieje się to w czasach gdy wielu znanych sportowców, postrzeganych jednak bardziej jako prości mięśniacy niż wyrafinowani intelektualiści, demonstracyjnie odmawia reklamowania wyrobów tytoniowych. Nagroda dla wschodnioeuropejskich filmowców przyznawana jest od 1999 roku. I jak tu nie przyznać racji doktorowi Gregowi N. Conolly z departamentu zdrowia publicznego stanu Massachusetts.
Kira Muratowa była pierwszą laureatką Andrzej Wajda Phillip Morris Freedom Prize. Rok wcześniej fundowaną m.in. przez Phillip Morris Foundation Nagrodę Wolności otrzymał sam Andrzej Wajda, który od tego momentu użyczył jej swego nazwiska. W tym samym 1999 roku Sejm RP przyjął całkowity zakaz reklamy wyrobów tytoniu w Polsce.
 Niestety, Andrzej Wajda, usłyszawszy o co chodzi, nie chciał rozwiać moich wątpliwości. Krótką rozmowę telefoniczną zakończył w dość oryginalny jak na luminarza kultury sposób. Cóż mamy przecież demokrację, obejmującą również pełną wolność najrozmaitszych zachowań. Z odkładaniem słuchawki włącznie.

 Fragment wciąż nieukończonej książki o bezprecedensowej akcji profesora Witolda Zatońskiego "Rzuć palenie razem z nami".

niedziela, 3 kwietnia 2011

Historia jednego plakatu, czyli rozmowa z Andrzejem Pągowskim

Nie ma co!… Nieźle pan zasunął z tym plakatem?…
 - To jest rzeczywiście dzisiaj mój najbardziej rozpoznawalny plakat. Wciąż miewam sytuacje, że gdy np. zamawiam taksówkę i podaję nazwisko to jestem pytany: Przepraszam czy to pan zrobił plakat „Papierosy są do dupy"? . A gdy potwierdzam, to najczęściej słyszę podziękowania: U mojego syna wisi w pokoju… Wiem, że wisiał w wielu szkołach, zwłaszcza w toaletach. Jest na pewno plakatem zaakceptowanym. Nie wiem ile dzieciaków skłonił do zaniechania palenia ale  myślę, że nawet jeśli choć nawet jedno dziecko nie sięgnęło dzięki niemu papierosa, to już dobrze.
Tylko jedno?
- No nie… Mam nadzieję, ze trochę więcej. Ten plakat jest dla palącego dzieciaka kompromitujący. Jeśli rodzic powiesi mu go w pokoju…. To co ma znaczyć?! Że on będzie do dupy facetem. A kto by chciał takim być?!… Ten plakat swoje zrobił i lepszego od tamtej pory nie udało mi się wykonać.
 Nie może Pan przeskoczyć własnego pomysłu?
- W ubiegłym  (2002 - przyp mój PT.) roku zrobiłem plakat o palących kobietach w ciąży, ale jeszcze go nie wydrukowaliśmy. Nie mieliśmy ostatnio ministra, który zaryzykowałby wydanie tego plakatu. Bo on jest dosyć mocny. Taka wulgarna kobieta z brzuchem paląca papierosa. Hasło też mocne: To nie może być matka..
 „Papierosy do dupy” też były mocne, a jednak się pokazały…
- Ówczesny minister zdrowia Jacek Żochowski rzeczywiście wydał go na własne ryzyko. Podczas jakiejś kolejnej dyskusji na temat „czy taki plakat może być czy nie”, nagle powiedział: Proszę państwa o co chodzi? Przecież wiadomo, że papierosy naprawdę są do dupy. I dyskusja skończyła się, choć już wcześniej w Sejmie któraś z posłanek stwierdziła, że tylko debil takie rzeczy może wymyślać.
  A jak Pan go wymyślił?
-Współpracując z Polskim Towarzystwem Przeciwtytoniowym co jakiś czas malowałem dla nich plakaty. Pierwszy miał hasło: Zgaś zanim sam zgaśniesz. Pozował mi do niego kolega, namiętny palacz, który we wszystkie otwory w głowie miał powtykane papierosy. To był plakat skierowany raczej do mężczyzn. Bawiłem słownictwem. Do kobiet był adresowany drugi plakat: Do niej się już nie palę przedstawiający kobietę-śmierć. Nie palę się do niej, to znaczy nie mam ochoty umrzeć za wcześnie. Potem poproszono mnie o zrobienie plakatu dla dzieci i młodzieży i tu się zaczęło… Najpierw były rozmowy o pomysłach… Może: Mamo,  tato już nie palę albo: Nie palcie przy mnie,  Synku prosimy cię nie pal, i takie tam paranoidalne bzdety. Przypomniał mi się wówczas stary plakat antyalkoholowy, przedstawiający  butelkę wokół której leżały martwe ćmy, i wyobraziłem go sobie w działaniu. W jakiejś spelunce siedzi dwóch meneli i jeden do drugiego mówi: Ty Franek, dlaczego nie pijesz? A Franek odpowiada: Bo nie chcę jak ta ćma zginąć. Kompletny absurd, zupełnie nie przystający do rzeczywistości. Nie chciałem zrobić takiego plakatu… Siedziałem więc w domu i kombinowałem coś tam szkicowałem, a tu żona mówi nagle: Wiesz, bo papierosy są dupy. Szybko naszkicowałem sam napis. Potem wziąłem jeszcze zdjęcie syna – który do dzisiaj mi nie może darować tego portretu -  no i powstał ten plakat.
 Najlepszy sposób, by syn w ramach młodzieńczego buntu przeciwko złośliwemu zgredowi zaczął palić…
- To ja przede wszystkim jestem pokoleniem buntu – to ja wychowałem się w potężnym konflikcie z rodzicami. Mój ojciec był przed wojną człowiekiem nafty, patefonu, opery, wychowania, a ja byłem dzieckiem dżinsów, jazzu, elektryczności itd. Nosiłem długie włosy ubierałem się nie tak jak on by chciał, słuchałem kompletnie nie tej muzyki. I nie mogliśmy w żaden sposób się zrozumieć. Ja dzisiaj mam zupełnie inny kontakt z moimi dziećmi. Córka słucha tej samej muzyki co ja. Wymieniamy się płytami. Nie, moje dzieci miały inne bunty. A rodzina jest totalnie niepaląca. Ani córce ani synowi do głowy nie przyszło by palić – myślę, że decydują tu podobnie jak u mnie kwestie estetyczne.
 No właśnie a dlaczego w ogóle pan nie pali?
 - Ojciec zafundował mi przygodę nikotynową – do dzisiaj nie wiem, czy zrobił to specjalnie czy nie… Tuż przed maturą dostałem od niego fajkę. Chyba widział albo podejrzewał, że mnie ciągnie do palenia. Na początku to było fajne.
- Smakowało panu?
Nie bardzo. Ale wie pan, myśmy wtedy ze szkołą często chodzili do teatru na rozmaite spektakle, więc gdy ja w antrakcie wyciągałem tę fajkę, to wszystkie dziewczyny były moje. Był wtedy, pamiętam, taki superpachnący tytoń Amphora. No i pykałem sobie tę fajkę może kilka razy ale w końcu ona przestała ciągnąć. Powiedziałem ojcu, że się zepsuła. Na co ojciec: A ty ją w ogóle czyścisz?… Jak to „czyszczę?!… O widzisz kochany tu są w pudełku wyciory, trzeba to rozkręcić…Kiedy rozkręciłem to, co trzeba było rozkręcić, z fajki wyciekło coś tak strasznego i obrzydliwie śmierdzącego – do końca życia tego nie zapomnę. Ubrudziło mi ręce, próbowałem to zmyć niczym Lady Makbet. Ale te żółtozielone ślady długo nie chciały zejść.
I to już koniec?... Z powodu Lady Makbet przestał pan palić?
- Jeszcze nie. Jak tę fajkę wyczyściłem, znów ją nabiłem tytoniem, zapaliłem i…
  I co?
- …i znalazłem się w toalecie. Co tam robiłem, można się chyba domyślić. Tak się moja przygoda z tytoniem skończyła. Od tej pory byłem przeciwnikiem palenia. Uważam że robi dużo złego… Przy czym nigdy nie podchodziłem do palenia od strony zdrowotnej, tylko raczej, jak już wspomniałem, estetycznej. Mnie po prostu brzydziło to co pachnie, żółte palce, zażółcone wąsy i brody, dziewczyna smakująca w pocałunku jak popielniczka. To mnie nie rajcowało…

A poza tym papierosy jednak szkodzą zdrowiu?…
- Niewątpliwie, ale, wie pan, nie mam tej wiedzy co profesor Zatoński. Dla mnie palenie jest po prostu śmierdzącym problemem. Ja nie traktuję go jako choroby i tu zawsze będę się spierał z profesorem. Rzeczy, których się nie widzi nie bolą. Rozmawiałem z wieloma palaczami i oni naprawdę nie wierzą w to, że będą chorzy ani, że umrą wcześniej. To na nich nie działa. Natomiast powiedzenie: śmierdzisz, jesteś nieestetyczny, to co robisz jest ohydne, włóż sobie tę popielniczkę w gardło, to na nich działa…
Walczy pan też czynnie z nikotynizmem?….
- Ewidentnie walczę, bo uważam na przykład, że nie do przyjęcia jest sytuacja, gdy cała sala jest dla palących, a dla mnie tylko dwa stoliki, gdzieś tam przy wejściu do ubikacji. Żądam by było odwrotnie i strasznie się o to wykłócam w knajpach i lokalach. Poza tym zupełnie się nie krępuje się, gdy chcę powiedzieć komuś: słuchaj – ty śmierdzisz papierosami. Palącej kobiecie potrafię powiedzieć: przydałyby ci się lepsze perfumy albo: będziesz paliła to będziesz miała czarny biust. To moja ulubiona odzywka. Kobiety bardzo łatwo kupują ten dowcip: jak to czarny? - dziwią się. -To ty nie wiesz, że pod spodem on jest czarny od papierosów… - odpowiadam.
 W pańskiej firmie się nie pali?
- Nie, co nie znaczy że nie pracują w niej ludzie palący. Kiedyś zatrudniałem tylko samych niepalących, ale nie mogłem skomponować odpowiedniego zespołu. Widocznie wśród niepalących jest za mało utalentowanych…. Kiedyś pracowaliśmy dla dużego koncernu duńskiego, przyjechał do nas główny boss – mieliśmy prezentację. Siedział on, dyrektorzy polskiego oddziału firmy i moi pracownicy. W pewnym momencie ten główny szef wyjmuje papierosa rozgląda się i pyta czy tu można zapalić. A ja mówię: nie. Jego podwładni zbledli, moi pracownicy też. A on powiedział: OK. to robimy 5 minut przerwy i wyszedł zapalić. Okazał się Europejczykiem w każdym calu, bo w Europie, jeśli jest gdzieś zakaz palenia, to się go respektuje. U nas też jest przepis, że nie wolno palić w miejscach publicznych, jest przepis, że nie wolno pić na ulicy, nie wolno używać wulgarnych słów. I co z tego wynika… Widać dookoła. Ja postrzegam palenie przez pryzmat brudu braku estetyki, smrodu i chamstwa. Nikt nie pyta w towarzystwie czy może puścić bąka, bo to się po prostu ludziom nie mieści w głowach  natomiast pytanie o możność zapalenia jest całkowicie na miejscu. A przecież w jednym i drugim wypadku chodzi o to samo – o zepsucie powietrza.
 Swego czasu zadedykował pan Profesorowi Zatońskiemu prounijny plakat z zatrutym przez papierosy plemnikiem…
- Profesora kocham, jest cudownym człowiekiem tylko za dobrze wychowanym, za inteligentnym, za miłym – wszystkie te cechy bardzo przeszkadzają przy tak bezlitosnej walce. Ja bym z nim góry przenosił, ale on często stawia sprawę za miękko. 
 Czy przy robieniu plakatów na zamówienie liczy się moralność, czy tylko kasa?
- Są kuszące kontrakty ze strony koncernów tytoniowych. Mógłbym przyjąć takie intratne dla mojej firmy zamówienie, ale natychmiast byłbym spalony. Jako dwulicowiec. Jeśli z jednej strony mówię że papierosy są do dupy, to nie mogę brać pieniędzy za ich reklamę.
Przepraszam a gdzie tzw. profesjonalizm, który wymaga od specjalisty sprostania różnym wyzwaniom?
- Jestem profesjonalistą i za pieniądze zrobię każdy plakat…
 No właśnie?
- Każdy, którego wymowa będzie zgodna z moimi przekonaniami. Na szczęście zawsze pracowałem u siebie. Nie dotykał mnie nigdy problem narzucania woli przez pracodawcę. Podobnie staram się więc postępować z moimi pracownikami - przyjmujemy zlecenia pod którymi możemy się podpisać.
 A co na to wszystko dusza artysty. Wszak plakaty przeciwnikotynowe czy przeciwalkoholowe, bardziej niż z prawdziwą sztuką, kojarzą się z doraźną publicystyką?… 
- Dla mnie sprawy społeczne są  ważne – potem był przecież kij bejsbolowy, i wiele innych. Mnie dzisiaj mniej rajcuje robienie do teatru czy do filmu. Wie pan, ja mógłbym w życiu już nic nie zrobić, ale jeśli dzięki mojemu pomysłowi, mojej kampanii, sejm zakazał sprzedaży kijów bejsbolowych, to ma to chyba swoje znaczenie. Zawsze artyści i dziennikarze, ludzie którzy mają inną nieco wrażliwość, chcieli mieć wpływ na ważne decyzje. Czasem kończyli na szafocie, czasem im się udawało…
 Fragment wciąż nieukończonej książki o bezprecedensowej akcji profesora Witolda Zatońskiego "Rzuć palenie razem z nami". (Rozmowa z Andrzejem Pągowskim z lipca 2003 roku).


piątek, 1 kwietnia 2011

Kazanie w cechowni


Jedną z piękniejszych scen w polskim filmie jest ta w cechowni katowickiej kopalni Wujek. Do strajkujących przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego górników, kazanie wygłasza ich Proboszcz. „Śmierć jak kromka chleba”, opowiada o kopalni "Wujek" w grudniu 1981 roku.
- Kazanie nie jest prawdziwe, natomiast autentyczne są dwa elementy, na których oparł swoją homilię ksiądz Henryk Bolczyk, górniczy kapelan – mówi Kazimierz Kutz, scenarzysta i reżyser filmu. - Ksiądz Bolczyk jako Ślązak, plebejusz, był ze swoimi górnikami bardzo związany. Miał z nimi głęboki duszpasterski kontakt i był dla nich autorytetem. Oni go potrzebowali jako człowieka do zrozumienia świata. Tłumaczył im Biblię na ich codzienny życiowy język. Do małego drewnianego, siedemnastowiecznego kościółka świętego Michała górnicze rodziny przychodziły na nabożeństwa, mijając w parku po drodze wille śląskich dygnitarzy: Grudnia, Gierka, Szydlaka. Kopalnia przez lata rozrastała się, załoga się powiększała, wybudowano więc obok niej olbrzymie osiedle mieszkaniowe. Oczywiście bez kościoła. Ksiądz wspólnie z górnikami zaczął walczyć o budowę nowej świątyni. Kiedy niespodziewanie w nocy z soboty na niedzielę wprowadzono stan wojenny, górnicy podjęli strajk. Ale ponieważ mieli głęboko zakorzeniony nawyk, potrzebę uczestniczenia w niedzielnej mszy świętej, udali się więc do swego proboszcza z prośbą, by odprawił ją w kopalni. To jest normalna ludzka potrzeba obrzędu. Przyszli do niego rano – jego ludzie - i on miał wielki problem sprostania wobec tych nich i Boga. Jako człowiek się po prostu bał nowej, groźnej sytuacji, jako kapłan nie bardzo wiedział co ma tym swoim górnikom powiedzieć. Nie mógł ich przecież namawiać do agresji. To był jego wielki problem kapłański i chrześcijański. Patent na agresję miała druga strona. Nikt mu nie mógł pomóc. Ówczesny biskup śląski Herbert Bednorz - mądry i ciekawy człowiek, też pochodzący z proletariatu - do którego się udał po radę, spojrzał mu w oczy i powiedział: „synku, to jest twoja sprawa. Dlatego, że proboszcz to jest proboszcz - on rządzi”. Pomodliwszy się więc i porozmawiawszy z Bogiem w tym swoim małym kościółku, poszedł do kopalni. Opowiadał mi, że był tak przerażony, że przez całą drogę prosił Boga aby mu pomógł. Kiedy wszedł do cechowni to zauważył dwa duże napisy: „Zachowaj czystość!” i: „Nie pal!” I właśnie z tych zwykłych dwóch haseł BHP wywiódł przejmujące kazanie którego praktyczne przesłanie brzmiało: Nie dopuść do siebie nienawiści, pielęgnuj wewnętrzną potrzebę wolności.
Wkrótce po krwawym stłumieniu strajku, komunistyczne władze wydały zezwolenie na budowę kościoła, chcąc, tradycyjnie już niejako, przekupstwem zatrzeć w ludzkiej pamięci o tragedii. Odważny proboszcz zachował więc twarz wobec swoich parafian, być może po części właśnie za sprawą zwykłego hasła wzywającego do niepalenia.

Fragment wciąż nieukończonej książki o bezprecedensowej akcji profesora Witolda Zatońskiego "Rzuć palenie razem z nami". (Opowieść Kazimierza Kutza z sierpnia 2003 roku).