W SŁOWIE "BLOG" SŁYCHAĆ WYRAŹNIE SZUM LANIA WODY. JEDNAK BEZ WODY NIE BYŁOBY ŻYCIA NA ZIEMI...

Trudno powiedzieć, że...

życie domagało się powstania tej książki. Chyba życie rozwiązłe autora, który problematycznym z niej dochodem pragnąłby uregulować swoje lekkomyślne długi
(Stefan Wiechecki "Znakiem tego")

wtorek, 19 lipca 2011

Traktat o sprawnym przekonywaniu


Rozmowa z profesorem Witoldem Kieżunem, pseudonim "Wypad"

Z zaciętym Schmeisserem w ręku,wziął do niewoli czternastu Niemców. 
Może być więc chyba autorytetem w dziedzinie sprawnego działania.  


Virtuti Militari otrzymał z rąk generała Tadeusza Bora Komorowskiego.  
Zbiór jego opowiadań „Niezapomniane twarze” Zbigniew Herbert uznał za jeden z najwybitniejszych utworów półwiecza.


Panie profesorze, co to jest prakseologia? 
- Nauka o sprawnym działaniu. Najkrócej mówiąc, sprawność działania oceniamy przez pryzmat „3xE”: efektywność czyli skuteczność, a więc stopień osiągnięcia zamierzonego celu;
ekonomiczność… to znaczy stosunek kosztów działania do profitów, zwykle wyrażany za pomocą pieniędzy, choć również można założyć zysk moralny czyli wartości nieprzeliczalne na pieniądze.
Etyczność – ten trzeci element, który wciąż jest przedmiotem dyskusji.  

Dyskusji o tym, czy cel uświęca środki?!… 
- Tak. Ponieważ tradycyjna prakseologia skupiła się nad dwoma pierwszymi „E” – i dopiero historia tę sprawę skomplikowała. Bo wedle prostego modelu prakseologicznego działalność niemiecka w Auschwitz była sprawna. Udawało im się bowiem tanio mordować ludzi. 

Zatem etyka w rozważaniach prakseologicznych to dorobek II wojny światowej? 
- Tak. Początki samej prakseologii to schyłek XIX wieku. Duży wkład w jej rozwój ma Ludwig von Mises, austriacki ekonomista. Ale najlepszą, najpełniejszą odpowiedź na pytanie „jak działać sprawnie?” - dał profesor Tadeusz Kotarbiński w „Traktacie o dobrej robocie”. Profesor Kotarbiński włączył prakseologię do szeroko pojmowanej nauki etyki. Opracował strukturę z trzech elementów: prakseologii, felicytologii (czyli nauki o szczęśliwym życiu) i nietranscedentalnej etyki. Etyki ogólnoludzkiej i humanistycznej, nie uzasadnianej wiarą – profesor Kotarbiński był agnostykiem – etyki wyrozumowanej i powszechnie akceptowanej. 
Dzisiaj profesor Kotarbiński rzadko jest przywoływany w publicznej debacie. Nikt nie powołuje się na „Traktat o dobrej robocie”, bo - nie zaglądając do środka, a biorąc jedynie pod uwagę datę pierwszej publikacji: 1955 rok – łatwo zakwalifikować go jako socrealistyczną agitkę do bicia rekordów wydajności…
- Rzeczywiście pojęcie „prakseologia” nie jest obecnie powszechnie znane, choć prakseologiczna teoria organizacji stale rozwija się. Z praktyką też bywa różnie. Kiedy PiS doszło do władzy, wicepremier Dorn poprosił mnie o pomoc w doborze wojewodów według zasad prakseologii. Pracowaliśmy dwa miesiące, stosując najsprawniejsze metody doboru kadry kierowniczej, co spotkało się z krytyką prasy, że tak to długo trwa. W rezultacie 14 wojewodów było mianowanych w wyniku tej selekcji, jedynie dwóch  z klucza partyjnego. Ci dwaj szybko odpadli. A potem przyszła Platforma Obywatelska, która mianowała swoich wojewodów w ciągu jednego dnia.
A „Traktat…” to naprawdę epokowe dzieło – i sam w sobie przykład doskonałej roboty. Napisany bardzo pięknym językiem: jasnym, zrozumiałym - z akcentem na precyzyjną semantykę. 

Ironia losu w sprawie precyzyjnej semantyki ma wyjątkowo dużo do powiedzenia. Wszak wymyślone przez profesora Kotarbińskiego pojęcie „człowieka spolegliwego”, mające oznaczać osobę prawą i odpowiedzialną, na której można polegać w każdej sytuacji, zyskało drugie znaczenie: potulnej ofermy. Zdecydowanie bardziej popularne znaczenie – i już słownikowo dopuszczalne! 
- Niestety… Bardzo często dyskutując o czymś zupełnie inaczej rozumiemy znaczenie słów. Kiedyś w ONZ brałem udział w dyskusji na temat socjalizmu. Pierwszy o głos poprosił Szwed. Zapowiedział, że chce przedstawić model socjalizmu szwedzkiego. Ostro zareagował przedstawiciel Związku Radzieckiego, stwierdzając, że przecież Szwecja jest krajem kapitalistycznym!… Z kolei Francuz podkreślił, że to u nich akurat rządzi partia socjalistyczna, na co Chińczyk stwierdził dobitnie, że prawdziwy socjalizm jest jedynie w Chinach. Zakończyłem ten spór, prosząc, by - w ramach przygotowań do dobrej roboty - uczestnicy najpierw uzgodnili wspólną definicję socjalizmu. Ale tego oczywiście nie udało się dokonać.  


Mimo wszystko, w pierwszym odruchu pojęcie „dobrej roboty” w realiach peerelowskich bardziej niż z profesorem Kotarbińskim kojarzy mi się z  pierwszym sekretarzem Gierkiem, propagandą sukcesu i tak dalej…
- I słusznie!… 

Pan żartuje?

- Paradoksalnie okres największego rozwoju prakseologicznej teorii organizacji i zarządzania to druga połowa lat 60. i właśnie lata 70. Autorytet Kotarbińskiego był wówczas bardzo wysoki. Gierek, zatelefonował do Kotarbińskiego prosząc o konsultację w sprawie sprawności  zarządzania. Kotarbiński poradził mu rozwój wiedzy organizacyjnej i odesłał go do mnie - byłem wówczas kierownikiem Zakładu Prakseologii Polskiej Akademii Nauk.
Rzeczywiście zadzwonił do mnie Franciszek Szlachcic – druga osoba w biurze politycznym. Zwrócił się do mnie per: towarzyszu, na co wyjaśniłem mu, że nie jestem członkiem partii. Nieco zdziwiony zapytał więc: „proszę pana, w jaki sposób możemy rozwinąć wiedzę organizacyjną ?” Zaproponowałem mu poważne zwiększenie aparatu badań prakseologicznych i stworzenie 50-osobowego prakseologicznego seminarium doktorskiego. Szlachcic zaakceptował tę koncepcję . Przygotowałem program seminarium - płatnego, po dwa tysiące miesięcznie – daliśmy ogłoszenie w Życiu Warszawy. Zgłosiło się około tysiąca kandydatów.  

Tylu było chętnych na płatne studia?... Dwa tysiące na początku lat 70. to była chyba średnia pensja?!... 
- Jako kierownik zakładu miałem chyba 3 200zł... Ale to myśmy im płacili te dwa tysiące miesięcznie. Mamy znów kolejny przykład różnej interpretacji pojęć.  

Rzeczywiście, płatne studia dzisiaj, to konieczność zapłaty za uzyskiwaną wiedzę… 
- Przeprowadziliśmy ostrą i długotrwałą, jedynie merytoryczną, bez kryteriów politycznych, selekcję która wyłoniła owe 50 osób. Jednocześnie zaproponowałem, by do Zakładu Prakseologii zaangażować ludzi prezentujących wysoki poziom naukowy, a usuniętych z nauki po 1968 roku, m.in. Jadwigę Staniszkis, Bolesława Kuca i Michała Marka. Kotarbiński powiedział: „Dobrze, ja to załatwię”. To był niezwykły człowiek - agnostyk o lewicowych poglądach - otaczał się ludźmi z zupełnie innego środowiska. W naszym Zakładzie Prakseologii na 42 pracowników było tylko 2 członków partii. Warunki były sprzyjające, bo przecież jednym z postulatów Gierka było „otwarcie na Zachód”. 
 
Gierek, który spędził młodość w Belgii, znał Zachód z autopsji, a nie jak Gomułka i jego towarzysze jedynie z propagandowych pogadanek…  
- Tak. Zorganizowaliśmy więc pierwszą konferencję polsko-amerykańską w 1971 roku. Zaprosiliśmy  dziesięciu profesorów amerykańskich i poprosiliśmy ich, żeby przywieźli ze sobą 10 znajomych biznesmenów. Przyjechało do Warszawy 20 Amerykanów. Wśród nich było dwóch polskiego pochodzenia profesorów: Stanley Kossakowski i Robert Senkier. Zaproponowali realizację wspólnego programu  badań na temat planowania w przedsiębiorstwach przemysłowych, wykłady polskich profesorów w ciągu jednego semestru w USA i miesięczne wykłady Amerykanów  Polsce . Ten program świetnie funkcjonował do 1980 roku. Później okazało się, że za tym wszystkim stała United States Information Agency, którą kierował Robert Gosende, były sekretarz amerykańskiej ambasady. To była bardzo mądra koncepcja indoktrynacji kadry intelektualnej.
Młodzi naukowcy jechali do Stanów na roczne stypendia, m.in.: Balcerowicz, Rosati, Cimoszewicz, a profesorzy na trzy miesiące. Ktoś kto pojechał do Stanów Zjednoczonych na parę miesięcy wracał całkowicie zindoktrynowany. 
  
Przepraszam, ale „indoktrynacja” to według Kopalińskiego „systematyczne, zorganizowane wpajanie jakichś przekonań, poglądów, idei” dające się porównać z „praniem mózgu”…  
- Rzeczywiście, znów kłania się precyzyjna semantyka. Powiedzmy więc: całkowicie przekonany. Wspaniały rozwój gospodarczy w połączeniu ze swobodą polityczną, ze świetną organizacją uniwersytetów – to nie mogło pozostawić człowieka obojętnym. Potem czołowa młoda kadra partyjna – łącznie z Kwaśniewskim – podążyła tą samą drogą. Uczyli się tam, pozaprzyjaźniali z Amerykanami, poznali inne życie.  

Zarażali się, szumnie mówiąc, „wirusem amerykańskiej wolności”?…  
- Tak. Podobnie działo się W Związku Radzieckim. Już od końca lat 60. dobór kadry do KGB odbywał się pod kątem najwyższych kwalifikacji – to wprowadził Jurij Andropow, który był człowiekiem zakochanym w kulturze Zachodu. Najlepszych studentów z wydziałów ekonomii, psychologii, zarządzania, socjologii werbowano, dając im wspaniałe warunki i pięcioletni okres szkolenia za granicą. 
  
Ale gdzie?… Kto chciał szkolić komunistycznych sowieckich urzędników? 
- Organizacje międzynarodowe takie jak ONZ świetnie się do tego nadawały. Większość moich umów z ONZ - odnawianych co roku - jest podpisanych przez Rosjan. W latach 80. czołówka KGB to byli już ludzie na bardzo wysokim poziomie, znający Zachód i świetnie zdający sobie sprawę z bezsensu  koncepcji centralnego planowania. Już byli skutecznie przekonani o konieczności zmian dla zachowania swojej władzy. Stąd właśnie wynikła „głasnost i pieriestrojka” Gorbaczowa. Ustawa o wolnym rynku w Bułgarii powstała już w 1986 roku. Wolny rynek w Polsce nie jest zasługą „Solidarności”, która była za „socjalizmem z ludzką twarzą”. Kapitalizm wprowadzili w 1988 roku Rakowski z Jaruzelskim, w porozumieniu z Gorbaczowem. Ale zaczął ten proces Gierek, otwierając się na Zachód, biorąc kredyty i kreując wielkie inwestycje. Jest oczywiście problem straty sporej części tych kredytów, na przykład na produkcję czołgów, ale generalnie koncepcja Gierka była słuszna. Otwarcie na Zachód pokazało ludziom, że można żyć inaczej, co było zbieżne z planem amerykańskim, szeroko zakrojonym i doskonale realizowanym programem informacyjnym. Z jednej strony Reagan finansował „Solidarność” - nawiasem mówiąc Solidarność do dzisiaj nie rozliczyła się z tych pieniędzy – z drugiej była konsekwentnie przeprowadzana akcja upowszechniania świadomości nonsensu radzieckiego komunizmu. 
  

Nie chce się uwierzyć w aż taką jego skuteczność?… 
- To proszę  wziąć pod uwagę, że w 1989 roku było jeszcze ponad dwa miliony członków partii, 98 procent oficerów należało do partii, było silne ZOMO, także paręset tysięcy agentów bezpieki, również i w „Solidarności”. To była siła. Natomiast z drugiej strony nielegalna „Solidarność” była rozbita, podzielona i już pozbawiona, masowego, zbiorowego entuzjazmu. Można było postawić sprawę na ostrzu noża?… Nie, bo wszyscy byli przekonani z Rakowskim i Jaruzelskim na czele - Jaruzelski był pod silnym wpływem Gorbaczowa. Komuniści uświadamiali już sobie, że jedynie poważna reforma gospodarcza, łącznie z częściową demokratyzacją  może uchronić ich przed utratą władzy. Tak zakończyła się działalność Roberta Gosende i w pewnym sensie i nasza - Zakładu Prakseologii PAN. Rozwijaliśmy ideę sprawnego działania opierając się na wzorach amerykańskich – z niesłychanym naciskiem na stosunki międzyludzkie. Prakseologiczna teoria organizacji i zarządzania była podstawą rozwoju polskiej myśli zarządzania. Moja praca doktorska traktowała o kadrze kierowniczej. Wedle mojej koncepcji dyrektor miał być intelektualistą, a nie biurokratycznym urzędnikiem – nie zajmować się działaniami operacyjnymi, za to mieć szeroką wizję strategiczną ogarniającą nie tylko jego przedsiębiorstwo, ale również otoczenie bliższe i dalsze, a także uwzględniającą światowe trendy. Walczyłem z obowiązującym wówczas stereotypem, że dyrektor siedzi w gabinecie, czyta pismo po piśmie i podejmuje masę decyzji operacyjnych. 

Dzisiejszy nowoczesny manager?… 
- Tak. Ta teoria zyskała później wielką popularność w Stanach. Koledzy się ze mnie dzisiaj śmieją: gdybyś to wówczas opublikował po angielsku w USA, to zrobiłbyś karierę naukową i materialną.  

I stała się  - między innymi – powodem Pańskich kłopotów?… 
- Przed Kongresem Nauki Polskiej sekretarz PAN, profesor Kaczmarek, zwołał tajne zebranie dyrektorów instytutów. Zebraliśmy się w Sali Lustrzanej pałacu Staszica, drzwi zostały zamknięte i Kaczmarek poprosił nas o szczere wypowiedzi na temat sytuacji nauki polskiej. Nie na użytek zewnętrzny.  Po paru głosach w dyskusji zwrócił się do mnie.  Spodziewa się, że docent Kieżun jako kierownik Zakładu Prakseologii zabierze głos. Kilka dni wcześniej byłem w teatrze na „Weselu”, więc wywołany do tablicy, zacząłem od zacytowania Poety: „tak by się nam serce rwało do ogromnych, wielkich rzeczy (…) a tu pospolitość skrzeczy, a tu pospolitość tłoczy, włazi w usta, uszy, oczy.” I tak jest z nami – powiedziałem. Mój Zakład przez dwa lata dokonał olbrzymiego wysiłku –projektując usprawnienia struktury zarządzania, organizacji przedsiębiorstw i administracji. To wszystko leży na półkach. Partia tym się nie interesuje, bo u nas decyduje interes partyjny. Kaczmarek przerwał mi bardzo ostro: „ja nie dopuszczę, żeby na zebraniu kadry kierowniczej były wygłaszane antysocjalistyczne opinie. Zawieszam zebranie na półtorej godziny, by zameldować w Komitecie Centralnym o niedopuszczalnej postawie docenta Kieżuna.” I wyszedł . W tej przerwie zebrałem sporo gratulacji od kolegów. Potem Kaczmarek wrócił i znów mówi, że moja postawa jest niedopuszczalna. Przerwałem mu i powiedziałem, że postępuje niegodnie: „To pan mnie wezwał, zaprosił do śmiałej dyskusji, a w jej rezultacie zrobił pan ze mnie wroga ludu. W tej sytuacji rezygnuję z uczestnictwa i wychodzę”. Trzasnąłem drzwiami, z których – pamiętam - wypadły dwie małe szybki. Po tym incydencie okazało się, że: na uniwersytecie zmieniono plan i moje wykłady o prakseologii znikły z grafiku, a Państwowemu Wydawnictwu Ekonomicznemu, które miało właśnie opublikować drugie wydanie mojej pracy habilitacyjnej zabrakło papieru. Już później dowiedziałem się, że zabroniono też cytowania mnie; oczywiście natychmiast odebrano mi kierownictwo Zakładu Prakseologii.


To skłoniło pana do wyjazdu z Polski? 
- Nie od razu… Wie pan, ja przez cały okres PRL miałem poczucie zagrożenia. Wszystkich moich kolegów, z którymi wywieziono mnie z Krakowa do Rosji, aresztowano ponownie, parę lat  po powrocie. Ja uniknąłem aresztowania, bo wyjechałem do Warszawy, gdzie podjąłem pracę w centrali Banku Narodowego. Sekretarzem partyjnym w banku okazał się Wilnianin, którego ojcu mój ojciec – lekarz – uratował życie. W poczuciu wdzięczności życzliwie mnie chronił, ale postawił warunki. Żadnych dyskusji politycznych, żadnych kontaktów z kolegami z AK. Cały czas miałem jednak poczucie, że tylko chwilowo jestem akceptowany, ale że to się kiedyś zmieni. Dlatego też w 1980 roku, stałe zapraszany przez przyjaciół amerykańskich, zdecydowałem się wyjechać z żoną i już nie wracać. Wróciliśmy w 1998 roku. Żałuję tylko, że nie mogliśmy uczestniczyć w tym wspaniałym okresie „Solidarności” w Polsce, ale w roku 1981 odwiedziłem 14 uniwersytetów amerykańskich i kanadyjskich z odczytem „Spirit of Solidarity”, wywołując wszędzie niezwykły entuzjazm poparcia dla polskiej „Solidarności”.  

Panie profesorze, czy z punktu widzenia prakseologii można ocenić Powstanie Warszawskie? 
- Powstanie w ogóle może ocenić tylko ktoś, kto tam był. I kto wcześniej przeżył w Warszawie 5 lat niemieckiej okupacji.  

Dlatego właśnie Pana pytam… Żołnierza, który na Poczcie Głównej wziął do niewoli 14 Niemców, samym krzykiem i osobistym zdecydowaniem - bo miał świadomość, że jego broń jest niesprawna… - i chociaż chce, to nie jest w stanie rozwalić tych esesmanów. 
- Trzeba sobie zdać sprawę, że my, ówczesne młode pokolenie, zaangażowane w działalność podziemną, 5 lat przygotowywaliśmy się do walki. Narastała w nas nienawiść za zniszczoną młodość: godzina policyjna, ciągłe aresztowania, ta stała obawa, że wychodząc na ulicę, trafię na łapankę i wyląduję w Auschwitz.. Nieustające zagrożenie i nic – ani radia, ani kina, ani teatru. Tylko spotkania po domach. Ja dzisiaj z zazdrością patrzę na moich studentów, którzy wyjeżdżają za granicę. Tu mają klub taki, a tu taki… Sport taki, albo taki… Nam to wszystko odebrano… Cały czas rosło w nas więc przekonanie, że się odegramy.

Mówi Pan jednak o młodzieńczych emocjach… To chyba za mało, by uzasadniać strategiczne decyzje… 
- Chwileczkę…  Niech pan te emocje przemnoży przez setki tysięcy warszawiaków zagrożonych eksterminacją – i jeszcze przyłoży do faktycznej sytuacji. A sytuacja była taka. Nadchodzi 21, 22 lipca 1944 roku. Pogrom Niemców wydaje się nieunikniony. Warszawa jest pełna obdartych niemieckich maruderów na chłopskich wozach – a my dostajemy pieniądze, żeby kupować od nich broń. Mnie się nie udało, ale kolega podchorąży AK „Kowboj” kupił za pięć tysięcy Bergmana – niemiecki pistolet maszynowy. Niemieccy cywile ewakuują się w popłochu… A w nasłuchach wciąż słychać: „Warszawiacy, chwyćcie za broń!… Do boju!… Armia Czerwona jest tuż, tuż!…” Ja jestem od kwietnia zdekonspirowany, aresztowano trzech bliskich kolegów z kompani łączności Baszty, w której wówczas służyłem, mieszkam w opuszczonym mieszkaniu, gdzie jest skład broni naszego oddziału specjalnego – trzy pistolety maszynowe, ręczne pistolety, kilka karabinów z  uciętymi kolbami i przynajmniej  20-30 granatów polskich i niemieckich . Potem 28 lipca – mobilizacja. Całą noc czekamy na sygnał do ataku… Na darmo.. A jednocześnie Niemcy ogłaszają, że sto tysięcy mężczyzn ma się zgłosić do kopania umocnień. Wiadomo, że nie wykonanie tego polecenia oznacza represje – czyli śmierć, a zgłosiło się jedynie kilkanaście osób. Niemieckie represje w Polsce najczęściej oznaczały rozstrzelanie. Dla Niemców zastrzelenie człowieka było niczym. Wyobraźmy sobie, że w takiej sytuacji nie ma rozkazu wybuchu powstania. Nie ma rozkazu, a w mieście jest cały szereg takich placówek jak moja, wyposażonych w broń. Niech no jakiś jej transport natknie się na niemiecką kontrolę – rozpocznie się strzelanina… I co się wtedy dzieje?… Moi koledzy z Żoliborza wiedzą, że na Mickiewicza, u Witka, na 3 piętrze, jest skład broni. Na dźwięk strzałów przybiegają wszyscy: „Dawaj broń! Idziemy…” I wybucha zupełnie niezorganizowane powstanie, które kończy się setkami   tysięcy wymordowanych. Albo powstanie wywołuje Armia Ludowa?… Podobny efekt. Warszawa była skazana przez Niemców na zniszczenie, nawet po ich zwycięstwie miało być na gruzach starego zbudowane małe niemieckie miasto Warschau - 200 000 mieszkańców. Zachowane są plany tego miasta, Hitler i Himmler zdawali sobie sprawę, iż to jest największy ośrodek oporu w Europie. 100 tysięcy ludzi zaangażowanych w konspirację… Prawdziwe podziemne państwo, gdzie istniała nawet wyszkolona przyszła służba więzienna.
To była grecka tragedia –  tak jak napisał profesor Aleksander Gieysztor, mój kuzyn, w 50 rocznicę wybuchu. Tragedia grecka bez wyjścia. Każda decyzja musiała się skończyć tak samo – masową śmiercią i zniszczeniem miasta. 
  
Czyli walka zamiast biernego poddania się i tak nieuchronnemu zniszczeniu?… 
- Tak. Dziś wszyscy ci dyskutujący nie zdają sobie sprawy, jaka wówczas była determinacja – myśmy naprawdę gotowi byli umrzeć, żeby tylko zastrzelić paru Niemców. Ja od kwietnia 1944 roku chodziłem z pistoletem i granatem dymnym – gdyby na ulicy zaskoczyła mnie łapanka, to bym strzelał. I oczywiście zginąłbym. Byliśmy na to przygotowani – cała masa młodzieży, której odebrano młodość. Decyzja o wybuchu była najlepszą z możliwych. 

Rozumiem, że w czysto prakseologicznych kategoriach powstania ocenić się nie da?…  
- Z punktu widzenia kryterium sprawności Powstanie było przygotowane fatalnie. Żadnej akcji dywersyjnej nie zaczyna się przecież o piątej po południu. Robi się to wczesnym rankiem, a nie wtedy, gdy ludzie wracają z pracy do domu… co wprowadza dodatkowy zamęt. Po drugie: Powstanie nie było przewidziane w planie Burza. Jeszcze w lipcu duże transporty naszej broni szły więc z Warszawy na Wschód. Od strony organizacyjnej powstanie nie było przygotowane, bo nie było przewidziane – i zaplanowane. Zostało wymuszone, ale decyzja o wybuchu była - powtarzam - najlepszą z możliwych w tamtym świecie, w tamtym czasie. I tak samo z punktu widzenia geopolityki... Powstanie na prawie pół roku zatrzymało radziecką ofensywę. Prawdopodobnie kolejny raz – po 1920 roku - uchroniliśmy Europę przed zalewem komunizmu, bo kto wie, gdzie zatrzymałaby się Armia Czerwona, gdyby nie ta przeszło pięciomiesięczna zwłoka wywołana Powstaniem. W Belgii?… Holandii?… 
  
Czyli znów byliśmy przedmurzem, tylko świat o tym nie wie... 
- I jeszcze jedna rzecz… Jak pan wie aliancki desant od południa Europy nastąpił we Włoszech. Ale Churchill chciał lądować w Grecji. A wówczas przez Jugosławię z partyzantką Tity, niepewną Bułgarię, buntujące się Węgry i Słowację, być może w ciągu miesiąca, alianci mogli być w Warszawie. A z nimi Armia Andersa. Europa po wojnie wyglądałaby zupełnie inaczej gdyby nie Roosevelt. Bo to Roosevelt przeforsował atak aliantów od południa przez półwysep Apeniński. 

Dlaczego?…  
- Mój amerykański przyjaciel Father James Finlay,  rektor jezuickiego Fordham University w Nowym Yorku opowiedział mi ciekawą historię. Gdy wybuchła wojna niemiecko-sowiecka, Roosevelt zawarł umowę „Lend and lease” pomocy dla Związku Radzieckiego. Nowojorski Kardynał Francis Spellman, zdecydowany antykomunista zapytał prezydenta dlaczego pomaga wrogom chrześcijańskiej kultury?... Roosevelt wytłumaczył mu, że Związek Radziecki jest niezbędnym sprzymierzeńcem, by zniszczyć… kolonializm. Rektor Finlay usłyszał to od samego Spellmana. 
  
Walka z kolonializmem zawsze wydawała mi się domeną postępowej ludzkości ze Związkiem Radzieckim na czele… A sojusz amerykańsko-angielski najbardziej naturalnym pod słońcem?…  
- A jednak nie… Roosevelt tłumaczył kardynałowi Spellmanowi: „Myśmy podjęli pod koniec 18 wieku walkę z kolonializmem brytyjskim, wywalczyliśmy niepodległość, ale kolonializm brytyjski rozszerzył się na cały świat, mało tego powstał jeszcze kolonializm francuski, holenderski, portugalski, hiszpański. Naszym obowiązkiem, jako pierwszej demokracji, pierwszego kraju, który rozpoczął walkę z kolonializmem, jest doprowadzić tę walkę do końca. Zniszczyć kolonializm, imperializm brytyjski możemy tylko w koalicji z Rosją. Stalin otworzył już cerkwie, w wojsku powołał popów, zapewnił mnie, że po wojnie wprowadzi demokrację. To jest nasz przyjaciel. Tu nie ma zagrożenia naszej kultury chrześcijańskiej. Muszę wszystko robić, by z tej wojny Związek Radziecki wyszedł najsilniejszy”… Roosevelt nie rozumiał sytuacji Europy, według niego, ktoś kto bił się ze złymi Niemcami, automatycznie musiał być dobry… 

Trywializując nieco, cudza ignorancja nie pierwszy raz wbiła nas w koszty…
- Polskie wojenne doświadczenia z Niemcami są zupełnie nie do pojęcia dla reszty Europy. Kiedyś lecąc z Burundi do Nowego Jorku, kilka godzin musiałem spędzić w Paryżu, poszedłem więc na obiad do restauracji na rue de la Croix, bardzo znanej, opisywanej jeszcze przez Balzaca. A byłem wówczas 10 centymetrów wyższy  niż dzisiaj i ostrzyżony „na jeża”. Długo i bezskutecznie czekałem na kelnera, w końcu głośno wezwałem  kierownika. On mnie przeprasza, mówiąc, że wzięli mnie za Amerykanina i dlatego mnie ignorowali… A dlaczego tak nie lubicie Amerykanów?… - pytam. - A bo proszę pana, zaraz po wojnie, to oni tu przychodzili w mundurach, nogi na stole kładli, i przyzwoitym kobietom proponowali papierosy za seks… No tak - mówię - ale to oni wyzwolili was spod niemieckiej okupacji. Ale, proszę pana, Niemcy to zupełnie inny, kulturalny naród, muzykalni, dobrze wychowani, wielu naszych gości oficerów mówiło po francusku - Ale przecież okupacja?!… Gestapa u was nie było?!… Ruchu oporu nie zwalczali?… A to wie pan, jak komuniści się z nimi drażnili, to mogli być wobec nich stanowczy, ale na co dzień byli bardzo kulturalni…
Kiedyś zadałem moim kanadyjskim studentom pytania dotyczące II wojny Światowej, m.in.: jakiej narodowości byli naziści?… Z ponad stu osób większość odpowiedziała, że to Polacy. Słuchając poważnych zdawałoby się dyskusji mam czasem wrażenie, że tak zwane wypędzenia Niemców po wojnie były największą - zaraz po Holokauście - krzywdą, jaką wtedy zadano ludzkości. Tymczasem, pracując w 1948 r. w koszalińskim oddziale Narodowego Banku Polskiego, wymieniałem wyjeżdżającym Niemcom złotówki na marki niemieckie po kursie 2,5 zł za markę. Bo oni nie byli stąd wypędzani, byli przesiedlani. Natomiast moja żona, mieszkająca w czasie wojny z rodzicami w Bydgoszczy, dostała od Niemców pięć minut na opuszczenie domu. Mogła zabrać tylko najpotrzebniejsze rzeczy. To ona została wypędzona…
Podobnie jest z tzw. polskim antysemityzmem. Mój kolega, rektor uniwersytetu w Amsterdamie opowiedział mi, że gdy Niemcy zaczęli represjonować holenderskich Żydów, to uniwersytet zastrajkował na znak protestu, a nie słyszał o analogicznym strajku Uniwersytetu Warszawskiego. I nie chciał mi uwierzyć, że w Warszawie nie było wówczas nie tylko uniwersytetu, ale także ogólnokształcących szkół  średnich… Mało kto na świecie wie, że Polska była jedynym okupowanym krajem Europy, w którym za wydanie Niemcom Żyda, podziemne państwo karało śmiercią. A za pomoc Żydom Niemcy mordowali całe rodziny… Tego nie było nigdzie indziej w Europie. Wszyscy natomiast są pewni, że Polacy to antysemici, i dlatego wzmianki o „polskich obozach koncentracyjnych” nie są tylko semantyczną nieścisłością.

Ale walka na rzeczowe argumenty o dobre imię Polski, wciąż przypomina walkę z wiatrakami… Paradoksem historii jest chyba, iż rodacy autora „Traktatu o dobrej robocie” wciąż nie potrafią skutecznie i rzetelnie zaprezentować się innym nacjom… Pokonać stereotypy, przekonując do siebie?… 
- Zgadzam się.  Dlatego uważam, że po następnym artykule o „polskich obozach koncentracyjnych” należałoby – zamiast domagać się sprostowania - wytoczyć proces, zażądać stumilionowego odszkodowania na rzecz skarbu państwa i wygrać. Taki drogi precedens prędzej zmusi niektórych do lepszego poznania historii Polski, niż najbardziej emocjonalna i udokumentowana argumentacja.
 
 

Z okazji rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego przypominam autorską wersję mojej rozmowy z profesorem Witoldem Kieżunem opublikowanej rok temu w "Odrze" nr 7-8(2010)



Profesor Witold Kieżun urodził się 6 lutego 1922 r. w Wilnie. Jest przedstawicielem Polskiej Szkoły Prakseologicznej, w ramach której rozwija prakseologiczną teorię organizacji i zarządzania; uczniem Tadeusza Kotarbińskiego i Jana Zieleniewskiego.
W czasie okupacji był szklarzem, szmuglował podziemną prasę i był żołnierzem AK. Walczył w Powstaniu Warszawskim pod pseud. „Wypad”. Służył w oddziale do zadań specjalnych w batalionie Harnaś. Uczestniczył m.in. w akcji zdobycia Poczty Głównej i Komendy Policji Samodzielnie wziął do niewoli 14 jeńców niemieckich. 23 września 1944 został odznaczony osobiście przez Bora-Komorowskiego Krzyżem Virtuti Militari, a w październiku 1944 roku awansował do stopnia podporucznika.
Po powstaniu uciekł z niemieckiego transportu. Dostał się do Krakowa gdzie nawiązał kontakt z tamtejszą AK. W marcu 1945 wskutek zdrady został aresztowany przez NKWD. 23 marca 1945 został wywieziony do śmiertelnego łagru w Krasnowodsku w Turkmeńskiej SRR (obecnie Turkmenistan), na pustyni Kara-Kum, gdzie w ciągu 5 miesięcy zmarło 86 % więźniów (ponad 50 stopni ciepła i słona woda do picia). Tam zachorował na chorobę tropikalną beri-beri. Powrócił do kraju na mocy amnestii w 1946. Był jeszcze więziony przez UB, po czym rozpoczął studia prawa na UJ. W 1956 pracował w Narodowym Banku Polskim. Był współorganizatorem Rewolucyjnego Komitetu Destalinizacji Centrali Banku.
W 1980 wykładał  zarządzanie na Temple University w Filadelfii i na Uniwersytecie w Montrealu, Pracował w Burundi i Rwandzie (Afryka Środkowa), z ramienia ONZ jako przedstawiciel Kanady. Utworzył w Burundi nowoczesną administrację. W 2005 roku został członkiem Honorowego Komitetu Poparcia Lecha Kaczyńskiego, a w 2010 należał do Warszawskiego Społecznego Komitetu Poparcia Jarosława Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich. Był współinicjatorem angielskojęzycznej witryny internetowej www.warsawuprising.com  poświęconej Powstaniu Warszawskiemu, a opracowanej przez jego syna, informatyka Witolda Olgierda Kieżuna.

2 komentarze:

  1. Profesor to gość

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie ze wszystkimi tezami, które padły z ust Profesora Kieżuna się zgadzam, ale chciałem rzec, że to jest po prostu bardzo dobra rozmowa. Taka, jaką samemu by się chciało odbyć. Chylę czoła przed autorem!

    z pozdrowieniami, ZB

    OdpowiedzUsuń