W SŁOWIE "BLOG" SŁYCHAĆ WYRAŹNIE SZUM LANIA WODY. JEDNAK BEZ WODY NIE BYŁOBY ŻYCIA NA ZIEMI...

Trudno powiedzieć, że...

życie domagało się powstania tej książki. Chyba życie rozwiązłe autora, który problematycznym z niej dochodem pragnąłby uregulować swoje lekkomyślne długi
(Stefan Wiechecki "Znakiem tego")

piątek, 6 maja 2011

Boso, ale w obłokach

http://www.muzykapl.com 
 Rzeczpospolita 23.01.1988

- Był naturszczykiem, a ja jako aktor profesjonalny musiałem być wierny zasadzie Zelwerowicza: lepiej nie dograć niż przegrać. - Jarema Stępowski porównuje swoją i Grzesiuka interpretację piosenek apaszowskich.
W posłowiu do „Pięciu lat kacetu” Stanisław Grzesiuk stwierdził, że ktoś, kto nie przeżył obozu, nie ma prawa sądzić tych, co przeżyli. W obozie przeżył pięć lat. Książkę napisał, by opowiedzieć o obozie dzieciom - być może zdawał sobie sprawę, że jego dni są policzone. Na spotkaniach autorskich zaczął śpiewać piosenki. Zaproszono go do „Podwieczorku przy mikrofonie”, którego wówczas słuchała cała Polska. Zaczął występować regularnie, stając się bardem przedmieść i lumpenproletariatu.
Marek Grzesiuk miał dwanaście i pół roku, kiedy ojciec zmarł. Zaraził się od niego gruźlicą, kiedy miał osiem miesięcy.
- Mijaliśmy się: albo ja, albo ojciec w sanatorium. A jak akurat obaj byliśmy w domu, to gdy ja wychodziłem do szkoły, ojciec jeszcze spał po występach i spotkaniach autorskich.
Syn Stanisława bardzo lubi śpiewać, ale nie umie grać.
- Nie chciałem się uczyć, bo palce mnie bolały.
Felek i Stasiek, dwóch amantów, są dzisiaj u partyzantów,
a ja ukrywam się, bo wstyd przyznać, ale jestem Żyd.
A gdy w jesieni ustrój się zmieni, kiedy komuna weźmie ster,
wujo i tato z całą rebiatą zapiszą się do PPR.
Odtwarza z pamięci zwrotkę piosenki „Grunt to rodzinka” którą ponoć - nie jest tego pewien - niegdyś zakwestionowała cenzura.
Możliwe... Jednak pełny tekst piosenki autorstwa Jana Chełmickiego opublikował już w 1971 roku Bronisław Wieczorkiewicz w książce „Warszawskie ballady podwórzowe”.
Stanisław Grzesiuk wstąpił do PPR w 1946 roku, po powrocie do Warszawy. Po skończeniu partyjnych szkoleń był wicedyrektorem do spraw administracyjnych kolejno w kilku placówkach służby zdrowia. Jarema Stępowski uważa, że nie był koniunkturalistą ani komunistą.
- Był socjalistą. Ruskich nienawidził tak samo jak Niemców.
Był ponoć człowiekiem pełnym humoru. Na zebraniu ZBOWID kładł przed sobą medal „Za ofiarność i odwagę”. Kiedy ktoś brał go do ręki, medal strzelał kapiszonem. Konsternacja. - To znowu wy Grzesiuk? –Ja??? A kto mu kazał dotykać?!… Po powrocie z wieczoru autorskiego wręczył żonie kolorowy słoik. - Dostałem zagraniczny dżem. Żona odkręca pokrywkę, a ze słoika wyskakuje długa sprężyna. W zatłoczonym autobusie słychać nagle głos Grzesiuka: Uwaga dziecko!.. - Jakie dziecko? - W domu. Sierotą zostanie, jak ojciec ze stopnia spadnie.
- Mordę miał jak Buster Keaton. Kamienna twarz wywoływała huragany śmiechu u widzów. - Jarema Stępowski wspomina, że mieli razem zrobić kabaret starej Warszawy, ale zabrakło czasu. - Był śmiertelnie chory i wstyd powiedzieć, sam mu czasem przywoziłem wódkę do sanatorium, bo o to prosił. Pocieszam się, że niewiele mu już mogła zaszkodzić.
Marek Grzesiuk twierdzi, że to był świadomy wybór. - Ojciec mówił, że woli pięć lat przeżyć na pełny regulator niż dziesięć w monotonii.
Po sukcesie „Pięciu lat kacetu” powstało „Boso, ale w ostrogach” opisujące dzieciństwo i młodość na warszawskim Czerniakowie. Napisał z prawdziwym talentem, przekonywająco - przy okazji bardzo czarnymi barwami nakreślił obraz przedwojennej Polski.
Choć z punktu widzenia potrzeb ideologiczno-propagandowych niewątpliwie wypełnił normę, książka nie wszystkim przypadła do gustu. Anonimowy autor w "Trybunie Ludu" (22 października 1959) ostrzegał:
Teraz można już stwierdzić śmiało, że postąpiliśmy naprzód w skutecznej propagandzie sztuki koszenia nożem, strzelania pięścią w zęby i zaprawiania bykiem w ryło. Zwłaszcza ta ostatnia umiejętność znalazła w Grzesiuku swego rzecznika i piewcę. (...) Uważa ją za szczyt przeznaczeń, jeśli nie całego człowieka, to przynajmniej jego głowy. (...) Poezja Grzesiuka jest, niestety, groźna dla bezpieczeństwa publicznego. Ze szczególną łatwością może wcielić się w życie i nawet już widzę to misterium wcielenia: oto w bramie dla kurażu czterech młodzieńców wypija po ćwiartce spirytusu. Spirytusu, bo - jak słusznie zauważa autor „Boso ale w ostrogach” - nie ma sensu pompować w siebie wody. A potem zaczynają się chuligańskie igraszki. (...) Książka Grzesiuka nie tylko spowija w romantyczną aureolę różnego rodzaju bandycko-łobuzerskie wyczyny, nie tylko zachęca do łamania prawa, oszukiwania sądów i fałszywego świadczenia. Dla wszystkich tych postępków wynajduje sankcję ideologiczną. Prawda - mówi autor - że waliłem na ulicy w łeb każdego, kto nosił kapelusz. Prawda, że rabowałem i niszczyłem prywatne zbiory sztuki. Ale kto nosił kapelusze? Kto posiadał antykwaryczne kolekcje? Burżuazja! Walczyłem zatem o postęp społeczny? Walczyłem! Jestem zasłużonym weteranem. A mojego zaprawiania bykiem proszę nie lekceważyć. Był to zdrowy przejaw klasowego instynktu.
Trochę racji "anonim" miał, bowiem w latach siedemdziesiątych popularna książka stała się także kultową i jedyną lekturą "git-ludzi". Z drugiej strony, podczas spotkania autorskiego w domu poprawczym, entuzjastycznie przyjmujących go pensjonariuszy Grzesiuk potrafił ponoć zgasić jednym pytaniem: a który z was ukradł, bo był głodny?
Wkrótce okazało się, że oddaliśmy nie tylko guzik, ale i cały naród w niewolę. Że ci od rządzenia byli owszem: „silni” - w gębie, „zwarci” - przy pijaństwie i „gotowi” - do ucieczki za granicę.
- Napisał tę książkę, zohydzającą Polskę sanacyjną, bo innej by mu nie wydrukowali. - Krystyna, siostra Stanisława Grzesiuka nie chce rozmawiać o bracie. - Tłumaczył, że chce zabezpieczyć dzieci. „Żeby nie musiały przychodzić do was na zupkę” - tak mówił. Naprawdę bardzo je kochał. Mówił też, że już się ciężko w życiu napracował - w obozie.
- Za pierwszą płytę ojca dostaliśmy pięć tysięcy złotych. Sto płyt kosztowało wówczas osiem tysięcy. Za drugą nie dali już nic. - Czterdziestosiedmioletni dziś Marek Grzesiuk stara się o rentę. Ostatnio był listonoszem, przedtem - jak mówi - cieciem na budowie, magazynierem w telewizji, jeszcze wcześniej pracował w Państwowych Zakładach Optycznych.
W rzekomej „autobiografii lumpenproletariackiego dziecka” rodzina nie ma imion. Grzesiuk pisze: ”matka, ojciec, siostra, brat”. Nie tłumaczy też, jak przy przytłaczającym bezrobociu i braku perspektyw dostał pracę w państwowej fabryce. Poza wyrazistym i plastycznym opisem ulicy Tatrzańskiej, wszystkie inne realia są nieco „zamglone”.
- Sielce, a nie Czerniaków, bo Tatrzańska to są Sielce, były normalną, typową, warszawską dzielnicą - podkreśla Jerzy Kasprzycki, dziennikarz varsavianista, który, pisząc Warszawskie Pożegnania w „Życiu Warszawy”, przez trzydzieści lat współpracował z innym „chłopakiem z Tatrzańskiej” grafikiem Marianem Stępniem. - W języku tamtych okolic nie było wulgarnych, knajackich naleciałości, a raczej nawet pewien wykwint. Nie mówiło się na przykład o zmarłym, że „wyciągnął kopyta” tylko „zaśmiał się aż do sufitu” albo „uśmiechnął się do Pana Jezusa”. Kasprzycki przypomina, że o kilkadziesiąt metrów zaledwie od Tatrzańskiej, przy Tureckiej, mieszkał przed wojną generał Władysław Sikorski.
Siostrę najbardziej boli przedstawiony w książce obraz ojca - Franciszka Grzesiuka. Tylko ze względu na jego pamięć decyduje się w końcu na rozmowę.
- Nasz ojciec nie był pijakiem, pracował w państwowej fabryce parowozów na Kolejowej, był działaczem PPS. W domu nam niczego nie brakowało. - Pokazuje zdjęcia rodzinne. - Czy tak wygląda pijacka rodzina? To bzdura, że gasił Stasiowi światło, żeby nie mógł czytać. Przeciwnie, to Stasia trzeba było gonić do nauki, bo był dzieckiem żywym i stwarzał czasem problemy.
Schorowana starsza pani kilka razy podkreśla, że naprawdę byli normalną, niczym nie różniącą się od innych rodziną.
- To ojciec załatwił mu pracę w Państwowych Zakładach Teleradiotechnicznych na Grochowskiej i szkołę u Wawelberga, na którą zresztą dawał mu pieniądze. Dopóki ojciec żył, Stasiek nie mógł wrócić do domu później niż o dziesiątej wieczorem. A ja musiałam być zawsze o zmierzchu. Na Tatrzańskiej zachowały się jeszcze dwa przedwojenne domy. Pod 5 i pod 9. Niech pan zobaczy, czy w takich domach mógł mieszkać lumpenproletariat. W naszym domu - pod dziesiątym - mieszkało trzech policjantów.
Dzieci Grzesiuków uczyły się gry na modnej wówczas mandolinie.
- Staś przed wojną śpiewał piosenki znane z filmów: „Ach jak przyjemnie kołysać się wśród fal”, „Ada to nie wypada”. Żadne z nas nie znało takich łobuzerskich piosenek, jak te na płycie...
Popularność „Boso, ale w ostrogach” sprawiła, że powstał na jej podstawie spektakl teatralny. O pieczołowitości inscenizatorów w odtwarzaniu realiów świadczy drobny szczegół. Główna postać w sztuce nosi imię Staszek. Najprawdopodobniej więc „czerniakowski kozak” musi pochodzić z Krakowa, jako że - jeśli wierzyć Wiechowi - w warszawskiej gwarze nie było Kazków i Staszków tylko Kazik i Stasiek.
Siostra bardzo mocno przeżyła inscenizację teatralną „Boso, ale w ostrogach”, kiedy to aktor odtwarzający rolę ojca, zataczając się po scenie, ryczał: „matka!!!”. A „matka” biegała w jakiejś długiej kiecce do samej ziemi.
- U nas w domu nikt nie wołał „matka”, mówiło się: mamusiu i tatusiu, a ojciec do mamy Anny zwracał się: Andziu. Ubierała się normalnie.
Starszy brat Wacław pisał protesty do cenzury, interweniował gdzie tylko mógł. - O co panu chodzi, taka przecież była przedwojenna Polska - usłyszał od urzędnika. A przecież po procesach sądowych, jakie wytoczyli mu niektórzy opisani w „Pięciu latach kacetu” ludzie, Stanisław Grzesiuk wycofał zakwestionowane fragmenty.
- Powiem panu, że już w żadne pamiętniki nie wierzę.
Stanisław Grzesiuk ma dziś w Warszawie ulicę. Blisko kościoła, co śmieszy syna, bo przecież ojciec w Boga nie wierzył. - A poza tym mieszka przy niej sama burżuazja.
W latach pięćdziesiątych niejeden luminarz kultury na różne sposoby - na zamówienie - starał się zohydzić przedwojenną „pańską Polskę”. Miarą talentu Grzesiuka może być fakt, że - w przeciwieństwie do innych - jego proza wytrzymała próbę czasu. Wiele osób uwierzyło, iż „awansowany społecznie” kozak z Czerniakowa naprawdę znał osobiście Czarną Mańkę, Felka Zdankiewicza, balował na Gnojnej. Uwierzyliby mu zapewne w każdą bzdurę. I to chyba jest wyznacznik pisarskiego sukcesu. Być może gdyby nie przedwczesna śmierć, Stanisław Grzesiuk napisałby jeszcze kilka książek. Równie dobrych, a bardziej prawdziwych.
 Tekst ten opublikowałem w Rzeczpospolitej w 35 rocznicę śmierci Stanisława Grzesiuka. Przypominam go dziś z okazji 93 rocznicy urodzin. 

3 komentarze:

  1. kocham faceta!
    był jedyny i niepowtarzalny'
    zajęłam sie nim.....to moje hobby i fascynacja
    i sens życia
    Panie Stasiu-byl ,jest i pozostanie Pan wielkim człowiekiem!

    OdpowiedzUsuń
  2. Uksztaltowal moj charakter.Jako nastolatka,bardzo "przezywalam"
    jego ksiazki.Zawsze marzylam,zeby nagrano film o jego zyciu,o nim
    a glowna role przeznaczylam(parenascie lat temu)Marianowi Kociniakowi!
    Tylko on pasowal mi do "odtworzenia" Grzesiuka.

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo interesujące informacje na temat Grzesiuka! Ja dopiero teraz odkryłam jego książki i jestem zachwycona.

    OdpowiedzUsuń